W tym sezonie po raz piąty została rozegrana impreza pod jakże zachęcającą nazwą "WTA Tournament of Champions", która oficjalnie kończy damski sezon. Biorą w niej udział zawodniczki, które zajmują czołowe miejsce w specjalnym rankingu tworzonym na podstawie występów w turniejach rangi International, czyli tych z najniższą pulą nagród. Ponadto nie mogą brać w nim udziału panie z pierwszej dziesiątki rankingu (co teraz i tak byłoby niemożliwe, ponieważ te tenisistki mogą grać w jednym turnieju International na pół roku). Czyli krótko mówiąc każda grupa ma swoje mistrzostwa.
Moim zdaniem jest te dwie imprezy kompletnie się różnią. Pierwsze co rzuca się w oczy, to pula nagród, która wynosi 750 tys. dolarów, czyli tyle, co w większości zawodów Premier, co w porównaniu do 6 milionów w Stambule robi gigantyczną różnicę. Jak wiadomo, rywalizują tu same singlistki.
Pierwsze edycja odbyła się w 2009 roku, na indonezyjskiej wyspie Bali, a dokładnie w położonym na południowym-wschodzie, pięknym, pięciogwiazdkowym kurorcie Nusa Dua. Można powiedzieć, że zawodniczki odwiedziły raj na ziemi, bo oprócz gry mogły robić wszystko, czego dusza zapragnie - kąpiele słoneczne, zabiegi spa, poza tym rozgrywały turnieje tenisa na plaży, a nawet własnoręcznie formowały naczynia z gliny. W tych jakże komfortowych warunkach pierwszą imprezę wygrała Francuzka Aravane Rezai, po kreczu jej koleżanki z reprezentacji Marion Bartoli. Premierowa edycja była też dość specyficzna, ponieważ brało w niej udział 12 tenisistek, które zostały rozlosowane do czterech grup, z których zwyciężczynie awansowały do półfinałów.
Przez dwa kolejne lata panowały nieco inne zasady. Liczba zawodniczek została zmniejszona do ośmiu i rywalizowały one od razu w fazie pucharowej. Przewijały się przez nie świetne nazwiska, jak Li Na, Sabine Lisicki, czy Roberta Vinci. Jednak główną rolę odgrywała Serbka Ana Ivanovic, która wygrała oba turnieje, pokonując (chronologicznie) Alisę Kleybanovą i Anabel Mediną Garrigues.
Cała impreza rozgrywana była w hali, która mogła pomieścić 8 tys. osób. Patrząc na ujęcia, można stwierdzić, że atmosfera, panująca tam była naprawdę dobra. Trybuny nie świeciły pustkami, co jak na tej kraj może dziwić. Nie widać było na twarzach tenisistek zaciekłości, po prostu wyglądało to czasami, jakby była to impreza chociażby charytatywna. A na dodatek nietypowy wygląda kortu, bez korytarzy deblowych, sprawił, że poczułem się jak podczas męskiego turnieju legend (ATP Champions Tour) w Sztokholmie. Szkoda tylko, że poziom nie ten.
Sielanka skończyła się wraz z końcem sezonu 2011. Od następnego roku na 3 kolejne lata turniej przeniósł się do Sofii, do Armeets Arena, gdzie może zasiadać 13,5 tys. widzów. Szkoda tylko, że zawsze publiczność nie dopisuje, co daje wręcz przytłaczający efekt. Czasami nawet jest wrażenie, że gra się w zupełnie pustej hali. Nie pomogła nawet nadzieja bułgarskiego tenisa - Tsvetana Pironkova. Organizatorzy tego turnieju jak najbardziej upodobnili się do głównego turnieju mistrzyń, co według mnie nie było dobrym rozwiązaniem. Jak na kopię przystało, wprowadzono podział na dwie czteroosobowe grupy, które zostały nazwane Serdika i Sredets i symbolizują one.. dwa najważniejsze rejony (lub jak kto woli dzielnice) w stoli Bułarii. Nie powala też na kolana próba kontaktu ze światem, czyli strona internetowa. Na przykład w tym roku, do ostatniego dnia nie mogłem się dowiedzieć, kiedy odbędzie się losowanie, a wśród zgłoszonych były tylko trzy zawodniczki. Dyrektorem tego turnieju jest Stefan Tzvetkov, przedsiębiorca, więc kto bogatemu zabroni. Co jeszcze ciekawe, Bułgar był tenisistą, jednak bardzo słabym, najwyżej w rankingu był na 885. pozycji.
Pierwszą edycję w Sofii wygrała Nadia Petrova, która pokonała Caroline Wozniacki. Rosjanka obecnie jest w fatalnej formie i nie pokazuje nic, co mogłoby chociaż trochę przypomnieć jej poprzednie lata. Tę edycję na swoje konto zapisała Rumunka Simona Halep, która jest w świetnej formie i ona została pierwszą tenisistką, która odniosła triumf będąc rozstawioną z numerem 1 i w finale ograła Samanthę Stosur, tak jak w decydującym meczu w Moskwie. Ponadto zwycięstwo pozwoliło jej w rankingu na koniec sezonu uplasować się na 11. pozycji, co jest jej niebywałym sukcesem.
Mimo kilku słów pochwały, dla "pierwszego wcielenia" imprezy na wyspie Bali, można znaleźć mnóstwo minusów, które odsłaniają prawdziwe oblicze zawodów. Prawie co roku widać, że organizatorzy mają problem ze skompletowaniem ósemki z prawdziwego zdarzenia. Nie pomagają nawet specjalne premie, bonusy za wygrane turnieje, a wiemy, że największe zróżnicowanie tenisistek dochodzących do głosu mamy właśnie na poziomie imprez rangi International. Dyrektorzy muszą dawać specjalnie dzikie karty, abyśmy nie oglądali na kortach pań z drugiej setki rankingu. Szczególnie, jak w tym czasie rozgrywany jest finał Fed Cup. (Na szczęście, już takiej kolizji nie doświadczymy). Jest to jednak błędne koło, bo następnie w trakcie trwania imprezy mamy plagę kontuzji i poddawanych meczów.
A i forma graczy też nie powala. Widać, że tenisistki pragną wakacji, a kibice mają dość oglądania pojedynków, gdzie co druga piłka ląduje za linią boczną i co chwila mamy przerwy medyczne lub poowijane jak mumie panie. Pytanie tylko, jak temu zapobiec, czy lepsza będzie zmiana terminu, czy schematu rozgrywania. Niektórzy mogą zastanawiać się, po co w ogóle ten turniej jest w kalendarzu. Sam próbuje sobie na to odpowiedzieć, ale sensownego rozumowania nie widzę. Czyżby znów chodziło o pieniądze i wypominaną już wiele razy pazerność Stacey Allaster? Jedno jest pewne, za rok ta impreza wynosi się z Bułgarii. I w tym momencie jedno pytanie nasuwa się samo: "Jak wcześnie będziemy musieli wstać, żeby obejrzeć tenisistki męczące się gdzieś tam het, za górami, za lasami?" Trzeba się nad tym wszystkim porządnie zastanowić.
Facebook - Felietony tenisowe
wtorek, 5 listopada 2013
piątek, 1 listopada 2013
Niemieckie odrodzenie.
Po "złotej" epoce tenisa, w której grali między innymi Bjorn Borg,John McEnroe, Jimmy Connors, czy Vitas Gerulaitis, przyszedł czas na następną erę. Wprowadził nas do niej Czechosłowak, lub jak kto woli Amerykanin - Ivan Lendl, którego większość nazywała "robotem". W tych latach do głosu dochodzili Szwedzi, którzy w pewnym sensie odziedziczyli schedę po Borgu - Wilander, Edberg, Pernfors. Furorę zrobił wówczas 17 letni Michael Chang, który w 1989 we French Open ograł właśnie Edberga. Podani zawodnicy w latach 1985 - 1990 wręcz na zmianę grali w finałach wielkoszlemowych.
Niemiecki tenis nie pozwalał piać z zachwytu kibicom tego kraju. Niektóre nazwiska, takie jak Udo Riglewski (ćwierćfinalista z 1991 w deblu z AO i US Open), Carl-Uwe Steeb (triumfator trzech turniejów, 14. w rankingu), czy Markus Zoecke, niewiele mówią pewnie nawet zagorzały kibicom. Więcej osób zapamięta Karstena Braascha, który rozegrał mecze z siostrami Williams, czy Michaela Sticha, który zdobył złoto w deblu w Barcelonie w 1992 i odniósł triumf na Wimbledonie, rok wcześniej. Pokonał wtedy grającego i najsłynniejszego tenisistę niemieckiego, rok starszego - Borisa Beckera.
Boris na świat przyszedł w Leimen (land Badenia-Wirtembergia), niedaleko rodzinnej miejscowości jednej z najlepszych zawodniczek - Steffi Graf, Mannheim, z którą miał nawet okazję czasami trenować. Przygodę z tenisem zaczął dzięki swojemu ojcu, architektowi, który przyczynił się do zbudowania centrum tenisowego. Już wtedy widać było, że Niemiec jest obiecującym juniorem. Sam doskonale o tym wiedział, dlatego w pewnym momencie rzucił szkołę i całkowicie poświęcił się tej dyscyplinie sportu. W 1984 roku, w wieku 16 lat zaczął swoją profesjonalną karierę. Na debiut wybrał turniej w stolicy Austrii, gdzie w pierwszym meczu przegrał z reprezentantem RPA, 30-letnim wówczas Bernardem Mitton. Dał o sobie znać o wiele bardziej na początku grudnia, kiedy awansował do ćwierćfinału Australian Open (na 5 meczów aż cztery rozegrał z Amerykanami), a zajmował wtedy 108. miejsce w rankingu. W kolejnym roku pokazał się z wysokiego C.
Regularnie piął się w rankingu, w maju był na 53. pozycji, a po awansie do półfinału w Rzymie wskoczył na 30. miejsce. Miesiąc później wygrał swoją pierwszą imprezę - w dzielnicy Queen's na przedmieściach Londynu, w finale wygrywając z Johanem Kriekiem. Kilka tygodni później mając 17 lat i 7 miesięcy, jako najmłodszy gracz w historii wygrał wielkoszlemowy turniej - Wimbledon, po zaciętym meczu z Kevinem Currenem (potem te osiągnięcie poprawił wspomniany wcześniej Chang). Dzięki temu awansował na 10. pozycję, a sezon zakończył cztery oczka wyżej. Jeśli spojrzymy na tego zawodnika z perspektywy rankingu, to możemy powiedzieć, że miał on pecha. Mimo dobrych wyników, pierwszy raz liderem został 28 stycznia 1991 i był nim 12 tygodni (nie pod rząd).
Wracając do występów - Boris obronił swój tytuł w Londynie rok później, po dosyć jednostronnym finale z Ivanem Lendlem. Co ciekawe, Amerykanin mimo korzystnego ogólnego bilansu z Beckerem (11-10), nie wygrał z nim nigdy finału Wielkiego Szlema.
Rok 1989 był jedynym rokiem, kiedy Niemiec zapisał na swoje konto dwie najważniejsze imprezy - Wimbledon i US Open, których w późniejszym etapie kariery już nigdy nie wygrał. Dwa lata później pierwszy raz grał w finale Australian Open, który padł jego łupem (i został, jak już wspominałem, liderem rankingu). W kolejnym sezonie cieszył się ze zdobycia złota olimpijskiego, w Barcelonie, w parze z Michaelem Stichem. Becker nie darzył sympatią kolegi z reprezentacji (nie uznawał traktowania go na równi z nim), przez co nie mógł wystąpić w 1993 roku w Pucharze Davisa, kiedy jego kraj zwyciężył. On sam odnosił w tych zawodach ogromne sukcesu (doprowadził do sukcesu Niemiec w 1988 i 1989).
Podsumowując jego wielkoszlemowe występy, nie należy lekceważyć jego ostatniego zwycięstwa, w 1996, w Australian Open, gdzie pokonał Michaela Changa. Mogło jednak nie być tak przyjemnie, ponieważ dwie pierwsze rundy były pojedynkami pięciosetowymi, w tej drugiej, ze Szwedem Thomasem Johanssonem wracał od stanu 0-2 w setach.
Boris Becker w przeciwieństwie do większości europejskich graczy nie lubił grać na ziemi, preferował szybsze nawierzchnie. Odzwierciedlenie tego widzimy w jego występach. Na 49 wygranych turniejów, ani jeden nie miał miejsca na czerwonej mączce, mimo że w finałach meldował się 6 razy. Największe sukcesy odnosił w hali, na nawierzchni dywanowej. Przemawiał za nim w meczach na takich wykładzinach jego sposób grania. Wysoki i bardzo dobrze zbudowany Niemiec posiadał potężny serwis, dzięki czemu otrzymał przydomek "Bum-Bum". Poza tym jego znakiem rozpoznawczym (przede wszystkim podczas Wimbledonu) było charakterystyczne "rzucanie się" na piłkę podczas akcji wolejowych, co najczęściej przynosiło mu punkt.
Karierę singlową Boris zakończył występem w czwartej rundzie Wimbledonu, gdzie gładko przegrał z ówczesnym nr 2, Australijczykiem Patem Rafterem. Wystepy w grze podwójnej traktował mniej poważnie, mimo to wygrał 15 turniejów, w tym pierwszy w swoim premierowym sezonie, a za partnera miał Wojciecha Fibaka. Ostatnią imprezą w deblu była dla niego również sentymentalna, bo odbyła się w Queen's. Para Becker-Sampras odpadła tam w pierwszym rundzie z rodakami Raftera - Benem Ellwodem i Michaelem Hillem.
Ciężko mówić o życiu prywatnym Niemca, jak o pełnym sukcesów. Wręcz przeciwnie, cały czas napotykał się na problemy, często z własnej winy lub woli. W 2002 został on uznany winnym oszustw podatkowych, ale uniknął kary więzienia. Dwa lata później wydał kontrowersyjną autobiografię "The Player", w której dość szczegółowo opisał o swoim uzależnieniu od tabletek nasennych i romansie z kelnerką, z którą ma dziecko, co doprowadziło do rozpadu jego poprzedniego małżeństwa. Obecnie ma syna z holenderską modelką, Sharlely Kerssenberg. Teraz poświęcił się też grze w pokera, można go "znaleźć" w grupie PokerStars, gdzie zobaczymy takie gwiazdy jak Rafa Nadal, czy Markus Hellner (szwedzki biegacz narciarski). Becker ma również swoją platformę internetową, na której umieszcza filmy ze swojej kariery i obecnego życia, od 2003 komentuje tenis dla BBC, jest też patronem fundacji Eltona Johna do walki z AIDS.
Po występach Borisa Beckera tenis niemiecki mocno się rozwinął. Pojawiło się coraz więcej nazwisk, takich jak Burgsmuller, Goellner, Popp, Kiefer, czy Schuettler. Obecnie swoją drugą młodość przeżywa Tommy Haas, a w ślady jego i Beckera chcą pójść Philipp Kohlschreiber, Florian Mayer, Andreas Beck, Dustin Brown, Bastian Knittel, czy Mischa Zverev. Jak widać, mnóstwo mamy obecnie niemieckich zawodników grających na dobrym poziomie. Pytanie tylko, czy ktoś z nich w niedalekiej przyszłości wybije się i zostanie liderem rankingu lub triumfatorem turnieju wielkoszlemowego.
Niemiecki tenis nie pozwalał piać z zachwytu kibicom tego kraju. Niektóre nazwiska, takie jak Udo Riglewski (ćwierćfinalista z 1991 w deblu z AO i US Open), Carl-Uwe Steeb (triumfator trzech turniejów, 14. w rankingu), czy Markus Zoecke, niewiele mówią pewnie nawet zagorzały kibicom. Więcej osób zapamięta Karstena Braascha, który rozegrał mecze z siostrami Williams, czy Michaela Sticha, który zdobył złoto w deblu w Barcelonie w 1992 i odniósł triumf na Wimbledonie, rok wcześniej. Pokonał wtedy grającego i najsłynniejszego tenisistę niemieckiego, rok starszego - Borisa Beckera.
Boris na świat przyszedł w Leimen (land Badenia-Wirtembergia), niedaleko rodzinnej miejscowości jednej z najlepszych zawodniczek - Steffi Graf, Mannheim, z którą miał nawet okazję czasami trenować. Przygodę z tenisem zaczął dzięki swojemu ojcu, architektowi, który przyczynił się do zbudowania centrum tenisowego. Już wtedy widać było, że Niemiec jest obiecującym juniorem. Sam doskonale o tym wiedział, dlatego w pewnym momencie rzucił szkołę i całkowicie poświęcił się tej dyscyplinie sportu. W 1984 roku, w wieku 16 lat zaczął swoją profesjonalną karierę. Na debiut wybrał turniej w stolicy Austrii, gdzie w pierwszym meczu przegrał z reprezentantem RPA, 30-letnim wówczas Bernardem Mitton. Dał o sobie znać o wiele bardziej na początku grudnia, kiedy awansował do ćwierćfinału Australian Open (na 5 meczów aż cztery rozegrał z Amerykanami), a zajmował wtedy 108. miejsce w rankingu. W kolejnym roku pokazał się z wysokiego C.
Regularnie piął się w rankingu, w maju był na 53. pozycji, a po awansie do półfinału w Rzymie wskoczył na 30. miejsce. Miesiąc później wygrał swoją pierwszą imprezę - w dzielnicy Queen's na przedmieściach Londynu, w finale wygrywając z Johanem Kriekiem. Kilka tygodni później mając 17 lat i 7 miesięcy, jako najmłodszy gracz w historii wygrał wielkoszlemowy turniej - Wimbledon, po zaciętym meczu z Kevinem Currenem (potem te osiągnięcie poprawił wspomniany wcześniej Chang). Dzięki temu awansował na 10. pozycję, a sezon zakończył cztery oczka wyżej. Jeśli spojrzymy na tego zawodnika z perspektywy rankingu, to możemy powiedzieć, że miał on pecha. Mimo dobrych wyników, pierwszy raz liderem został 28 stycznia 1991 i był nim 12 tygodni (nie pod rząd).
Wracając do występów - Boris obronił swój tytuł w Londynie rok później, po dosyć jednostronnym finale z Ivanem Lendlem. Co ciekawe, Amerykanin mimo korzystnego ogólnego bilansu z Beckerem (11-10), nie wygrał z nim nigdy finału Wielkiego Szlema.
Rok 1989 był jedynym rokiem, kiedy Niemiec zapisał na swoje konto dwie najważniejsze imprezy - Wimbledon i US Open, których w późniejszym etapie kariery już nigdy nie wygrał. Dwa lata później pierwszy raz grał w finale Australian Open, który padł jego łupem (i został, jak już wspominałem, liderem rankingu). W kolejnym sezonie cieszył się ze zdobycia złota olimpijskiego, w Barcelonie, w parze z Michaelem Stichem. Becker nie darzył sympatią kolegi z reprezentacji (nie uznawał traktowania go na równi z nim), przez co nie mógł wystąpić w 1993 roku w Pucharze Davisa, kiedy jego kraj zwyciężył. On sam odnosił w tych zawodach ogromne sukcesu (doprowadził do sukcesu Niemiec w 1988 i 1989).
Podsumowując jego wielkoszlemowe występy, nie należy lekceważyć jego ostatniego zwycięstwa, w 1996, w Australian Open, gdzie pokonał Michaela Changa. Mogło jednak nie być tak przyjemnie, ponieważ dwie pierwsze rundy były pojedynkami pięciosetowymi, w tej drugiej, ze Szwedem Thomasem Johanssonem wracał od stanu 0-2 w setach.
Boris Becker w przeciwieństwie do większości europejskich graczy nie lubił grać na ziemi, preferował szybsze nawierzchnie. Odzwierciedlenie tego widzimy w jego występach. Na 49 wygranych turniejów, ani jeden nie miał miejsca na czerwonej mączce, mimo że w finałach meldował się 6 razy. Największe sukcesy odnosił w hali, na nawierzchni dywanowej. Przemawiał za nim w meczach na takich wykładzinach jego sposób grania. Wysoki i bardzo dobrze zbudowany Niemiec posiadał potężny serwis, dzięki czemu otrzymał przydomek "Bum-Bum". Poza tym jego znakiem rozpoznawczym (przede wszystkim podczas Wimbledonu) było charakterystyczne "rzucanie się" na piłkę podczas akcji wolejowych, co najczęściej przynosiło mu punkt.
Karierę singlową Boris zakończył występem w czwartej rundzie Wimbledonu, gdzie gładko przegrał z ówczesnym nr 2, Australijczykiem Patem Rafterem. Wystepy w grze podwójnej traktował mniej poważnie, mimo to wygrał 15 turniejów, w tym pierwszy w swoim premierowym sezonie, a za partnera miał Wojciecha Fibaka. Ostatnią imprezą w deblu była dla niego również sentymentalna, bo odbyła się w Queen's. Para Becker-Sampras odpadła tam w pierwszym rundzie z rodakami Raftera - Benem Ellwodem i Michaelem Hillem.
Ciężko mówić o życiu prywatnym Niemca, jak o pełnym sukcesów. Wręcz przeciwnie, cały czas napotykał się na problemy, często z własnej winy lub woli. W 2002 został on uznany winnym oszustw podatkowych, ale uniknął kary więzienia. Dwa lata później wydał kontrowersyjną autobiografię "The Player", w której dość szczegółowo opisał o swoim uzależnieniu od tabletek nasennych i romansie z kelnerką, z którą ma dziecko, co doprowadziło do rozpadu jego poprzedniego małżeństwa. Obecnie ma syna z holenderską modelką, Sharlely Kerssenberg. Teraz poświęcił się też grze w pokera, można go "znaleźć" w grupie PokerStars, gdzie zobaczymy takie gwiazdy jak Rafa Nadal, czy Markus Hellner (szwedzki biegacz narciarski). Becker ma również swoją platformę internetową, na której umieszcza filmy ze swojej kariery i obecnego życia, od 2003 komentuje tenis dla BBC, jest też patronem fundacji Eltona Johna do walki z AIDS.
Po występach Borisa Beckera tenis niemiecki mocno się rozwinął. Pojawiło się coraz więcej nazwisk, takich jak Burgsmuller, Goellner, Popp, Kiefer, czy Schuettler. Obecnie swoją drugą młodość przeżywa Tommy Haas, a w ślady jego i Beckera chcą pójść Philipp Kohlschreiber, Florian Mayer, Andreas Beck, Dustin Brown, Bastian Knittel, czy Mischa Zverev. Jak widać, mnóstwo mamy obecnie niemieckich zawodników grających na dobrym poziomie. Pytanie tylko, czy ktoś z nich w niedalekiej przyszłości wybije się i zostanie liderem rankingu lub triumfatorem turnieju wielkoszlemowego.
niedziela, 27 października 2013
Podsumowanie sezonu WTA.
27 października 2013 zakończył się główny sezon rozgrywek na szczeblu WTA. Mistrzynią tego turnieju została Serena Williams, która po świetnym finale pokonała Chinkę Li Na. Dobiegła też końca trzyletnia "kadencja" Stambułu jako gospodarza tych zawodów. Hala Sinan Erden Dome mogła pomieścić około 15 000 widzów. Bardzo często było widać, że trybuny pękały w szwach, a kibice zasiadający na nich przeżywali pojedynki razem z tenisistkami. Prawdziwe święto tej dyscypliny. Boję się teraz, jak to będzie wyglądało przez kolejne pięć lat, kiedy najlepsze zawodniczki zawitają do Singapuru. Wykładane są na to ogromne pieniądze (w tym przypadku 75 mln dolarów). Budowane są specjalnie na tę okazję stadiony, które znając życie w większości będą świeciły pustkami. Jednak nie należy zbyt pochopnie krytykować, poczekajmy ten rok.
Podsumowując ten sezon, na początek chcę przedstawić w kilku kategoriach to, co w pewnym sensie najbardziej zapadło mi w pamięć. Czas więc na wyróżnienia.
1. Zawodniczka roku: Serena Williams
Tutaj chyba żadne słowa nie są potrzebne. Jeden z najlepszych, jeśli nie najlepszy sezon Amerykanki. Wygrana w 11 turniejach (Brisbane, Miami, Charleston, Madryt, Rzym, French Open, Bastad, Toronto, US Open, Pekin, Stambuł). Zarobiła na korcie jako pierwsza w historii ponad 12 mln dolarów (druga na liście - 6 mln). Podczas US Open zainkasowała największą jednorazową nagrodę - 3,6 mln dolarów (dzięki wygranej w US Open Series). Bilans jej meczów wyniósł 78-4 (na mączce nie przegrała ani jednego spotkania). A w wywiadach podkreśla, że w następnym sezonie chce jeszcze poprawić swoją grę.
2. Debel roku: Su-Wei Hsieh/Shuai Peng
Według mnie to właśnie te zawodniczki zasłużyły na miano najlepszego debla sezonu. Zapisały na swoje konto zwycięstwa w Rzymie (pokonały Errani i Vinci), Cincinnati, Guangzhou, Wimbledon i Mistrzostwa WTA.
3. Mecz roku: Serena Williams vs. Victoria Azarenka, finał Cincinnati
Niesamowity dwuipółgodzinny zapisany na korzyść Białorusinki z genialną końcówką trzeciego seta. Pełen świetnych wymian z głębi kortu, jak i przy siatce, obron break pointów. Wszystko zwieńczył tie-break. Tutaj nie ma co opisywać, to po prostu trzeba zobaczyć.
4. Objawienie roku: Simona Halep
Rumunka ten sezon miała znakomity. 22-letnia zawodniczka wygrała pięć imprez (Norymberga, Hertogenbosch, Budapeszt, New Haven, Moskwa) i jako jedyna odniosła triumf na wszystkich nawierzchniach. Dzięki temu jest obecnie na 14 miejscu w rankingu. Jedyne co jej brakuje to nieco lepszych osiągnięć w turniejach wielkoszlemowych, co z całą pewnością jest jeszcze przed nią. Jej styl gry zupełnie odbiega od innych tenisistek niskiego wzrostu, co, jak widać, owocuje. Opisując siebie mówi, że jej ulubionym uderzeniem jest serwis, oprócz tenisa pasjonuje się piłką ręczną, uwielbia jeść makaron, pić sok pomarańczowy, spędzać czas w Paryżu i grać na Roland Garros. Jej tenisowymi idolami są Justine Henin i Roger Federer.
5. Odkrycie roku: Eugenie Bouchard
Młoda Kanadyjka, która od początku sezonu awansowała o ponad sto miejsc w rankingu. Awansowała w tym roku m.in. do ćwierćfinału w Charleston, półfinału w Strasbourgu, czy finału w Osace. Potrafiła ugrać też jednego seta samej Serenie Williams. Uczęszczała do akademii Nicka Saviano, a obecnie trenuje pod okiem Francuzki Nathalie Tauziat, finalistki Wimbledonu z 1998. Bez dwóch zdań, na tę zawodniczkę w niedalekiej przyszłości trzeba bardzo uważać.
6. Niespodzianka roku: zakończenie kariery przez Marion Bartoli
Francuzka od zawsze wyróżniała się z tłumu tenisistek, nie trudno było zapamiętać tę postać. W 2007 roku grała w finale Wimbledonu, swoje marzenie zrealizowała 6 lat później pokonując w decydującym meczu Sabine Lisicki. Wiadomość o zakończeniu kariery była wielkim szokiem. Nastąpiło to 14 sierpnia, po przegranym meczu drugiej rundy w Cincinnati z Simoną Halep. Bartoli nie kazała jednak "wykreślić" siebie z rankingu, jej nazwisko dalej figuruje. Pytanie tylko, czy na długo.
W tym roku do kalendarza weszły też już na dobre zawody cyklu WTA 125k (z pulą nagród 125 tys.). Premierowe edycje zostały rozegrane w ubiegłym sezonie. Do tego typu imprez podchodzę sceptycznie. Z jednej strony jest to pewnego rodzaju pomost łączący challengery, futuresy i turnieje WTA. Z drugiej storny chodzi tu oczywiście o pieniądze, ponieważ 90% tych imprez to azjatyckie mało znane miasta (odsyłam was do artykułu "Nietykalna" o S. Allaster).
Po pięciu latach posuchy wreszcie do Polski zawitały zawody z cyklu WTA. Mogą się tym pochwalić Katowice. Pierwszą edycję wygrała Roberta Vinci pokonując Petrę Kvtiovą. Jeśli Włoszka wróci do nas za rok, to nie będzie jej łatwo obronić tytuł, ponieważ nawierzchnia zostanie zmieniona na twardą. Według mnie jedno jest pewne - zarówno Spodek, jak i kibice w nim zasiadający spiszą się na medal, bo niewątpliwie organizacja może być godna podziwu i powinniśmy być z tego dumni.
Jak co roku bywa, są też zawodniczki, które kończą swoje występy. Jak już pisałem, najgłośniejszym rozstaniem z tenisem było te Marion Bartoli. Oprócz niej z losem pogodziły się Severine Beltrame, która w wieku 33 lat rozegrała swój ostatni mecz w kwalifikacjach French Open; Anna Chakvetadze, którą bardzo często nękały kontuzje, próbowała jeszcze powracać, ale bez żadnych sukcesów i 11 września ostatecznie ogłosiła swoją decyzję; Jill Craybas (39 lat), dla której ostatnim turniejem było US Open; Anne Keothavong, która swój pożegnalny mecz rozegrała w 1r. Wimbledonu; Rebecca Marino, mająca tylko 22 lata; Katalin Marosi (32 lata); Zuzana Ondraskova (33 lata); Ahsha Rolle (28 lat); Anastasija Sevastova (23 lata) i Anges Szavay (24 lata). Kibice tenisa wciąż czekają na powrót Tatiany Golovin, która musiała zawiesić karierę z powodu kontuzji pleców. Wiadomo już, że na początku przyszłego roku powróci Vera Zvonareva, która otrzymała dziką kartę od organizatorów turnieju w Shenzhen. Oczywiście wszyscy pamiętają też powrót do debla Martiny Hingis.
Poza seniorami o prestiż w tym sezonie walczyli też juniorzy i niepełnosprawni. U młodych pojawiły się kolejne gwiazdy, które być może odniosą później sukcesy na arenie międzynarodowej. Mowa tu o Belindzie Bencic i Ani Konjuh. Ta pierwsza jest też liderką w rankingu. Jeśli chodzi o gry na wózkach, to wśród pań nie ma następczyni Esther Vergeer, ale Holandia jako kraj panuje cały czas, dzięki chociażby Aniek van Koot.
Sezon 2013 można też podsumować w liczbach:
Grzechem by było nie wspomnieć o naszym rodzimym tenisie. Cały sezon Agnieszki Radwańskiej można uznać za dobry.Wygrana w Auckland, Sydney i Seulu, półfinały w Doha, Miami, czy Wimbledonie to tylko niektóre z tych występów. Niepokoi mnie jednak jej forma podczas Mistrzostw. Trzy grupowe, gładko przegrane pojedynki brutalnie ukazały brak formy Polki. Widać było, że ciężko jej się gra, a mecz z Kerber oddała prawie bez żadnej walki. Nie rozumiem też czemu większość broni ją dlatego, ze jest zmęczona. Przecież cała ósemka gra resztkami sił, a mimo to pokazuje się ze świetnej strony. Na pewno trzeba przed następnym sezonem wyciągnąć wnioski. Do Agnieszki w Stambule pasowała tylko jedna rzecz - żałobny kolor sukienki. Urszula natomiast kompletnie zawaliła ostatnią część sezonu, jednak jak wiemy, musiała niedawno przejść operację barku. Powinniśmy być bardzo zadowoleni z postawy Katarzyny Piter. Poznanianka w Luksemburgu odniosła największy triumf - awansowała do ćwierćfinału.
W kalendarzu na rok 2014 mamy też kilka zmian. Z cyklu wyrzucono turnieje w Memphis, Palermo i Carlsbad - tym samym skrócono sezon amerykański, a wydłużono azjatycki. Po US Open zaplanowano Hong Kong, turniej w Tokio zmniejszono rangą na Premier i będzie rozgrywany tydzień wcześniej, a w jego miejsce pojawi się Wuhan Tennis Open -rangi Premier 5. Do cyklu powróci też turniej w Stambule (tydzień przez Stanford). Pula nagród wszystkich imprez rangi International wzrośnie do 250 tys. dolarów, a w większości rangi Premier zostanie wyrównana do 710 tys. dolarów (oprócz Brisbane i Dubaju). Na koniec sezonu zagra też po raz pierwszy 8 najlepszych debli.
Dla zdecydowanej większości tenisistek zaczynają się zasłużone wakacje. Jednak przed nami dwie ważne imprezy w tygodniu. Jedną z nich jest finał Fed Cup, gdzie Włoszki grające w składzie Errani, Vinci, Pennetta, Knapp zmierzą się u siebie, w Cagliari, na kortach ziemnych z Rosjankami. Co ciekawe, ich kapitan wystawił trzeci lub czwarty skład złożony z Alexandry Panovej, Alisy Kleybanovej, Iriny Kromachevej i Margarity Gasparyan. Jest to spowodowane drugim turniejem, w Sofii, gdzie zagrają najlepiej spisujące się panie w imprezach rangi International. Oprócz Rosjanek - Kirilenko, Vesniny, Pavlyuchenkovej, zobaczymy tam Halep, Ivanovic, Stosur, Cornet i Pironkovą.
Dobrnęliśmy wreszcie do wyczekiwanej przerwy. Potrwa ona ok. 8 tygodni, ale tenisistki poleniuchują pewnie około trzech. Potem niczym jojo wróci okres przygotowawczy do sezonu, czyli czas bardzo ciężkiej, wytężonej, fizycznej pracy, wylewanie hektolitrów potów. To wszystko po to, aby jak najlepiej wejść w sezon 2014, który rozpocznie się w Brisbane...30 grudnia 2013 roku.
Facebook - Felietony tenisowe
Podsumowując ten sezon, na początek chcę przedstawić w kilku kategoriach to, co w pewnym sensie najbardziej zapadło mi w pamięć. Czas więc na wyróżnienia.
1. Zawodniczka roku: Serena Williams
Tutaj chyba żadne słowa nie są potrzebne. Jeden z najlepszych, jeśli nie najlepszy sezon Amerykanki. Wygrana w 11 turniejach (Brisbane, Miami, Charleston, Madryt, Rzym, French Open, Bastad, Toronto, US Open, Pekin, Stambuł). Zarobiła na korcie jako pierwsza w historii ponad 12 mln dolarów (druga na liście - 6 mln). Podczas US Open zainkasowała największą jednorazową nagrodę - 3,6 mln dolarów (dzięki wygranej w US Open Series). Bilans jej meczów wyniósł 78-4 (na mączce nie przegrała ani jednego spotkania). A w wywiadach podkreśla, że w następnym sezonie chce jeszcze poprawić swoją grę.
2. Debel roku: Su-Wei Hsieh/Shuai Peng
Według mnie to właśnie te zawodniczki zasłużyły na miano najlepszego debla sezonu. Zapisały na swoje konto zwycięstwa w Rzymie (pokonały Errani i Vinci), Cincinnati, Guangzhou, Wimbledon i Mistrzostwa WTA.
3. Mecz roku: Serena Williams vs. Victoria Azarenka, finał Cincinnati
Niesamowity dwuipółgodzinny zapisany na korzyść Białorusinki z genialną końcówką trzeciego seta. Pełen świetnych wymian z głębi kortu, jak i przy siatce, obron break pointów. Wszystko zwieńczył tie-break. Tutaj nie ma co opisywać, to po prostu trzeba zobaczyć.
4. Objawienie roku: Simona Halep
Rumunka ten sezon miała znakomity. 22-letnia zawodniczka wygrała pięć imprez (Norymberga, Hertogenbosch, Budapeszt, New Haven, Moskwa) i jako jedyna odniosła triumf na wszystkich nawierzchniach. Dzięki temu jest obecnie na 14 miejscu w rankingu. Jedyne co jej brakuje to nieco lepszych osiągnięć w turniejach wielkoszlemowych, co z całą pewnością jest jeszcze przed nią. Jej styl gry zupełnie odbiega od innych tenisistek niskiego wzrostu, co, jak widać, owocuje. Opisując siebie mówi, że jej ulubionym uderzeniem jest serwis, oprócz tenisa pasjonuje się piłką ręczną, uwielbia jeść makaron, pić sok pomarańczowy, spędzać czas w Paryżu i grać na Roland Garros. Jej tenisowymi idolami są Justine Henin i Roger Federer.
5. Odkrycie roku: Eugenie Bouchard
Młoda Kanadyjka, która od początku sezonu awansowała o ponad sto miejsc w rankingu. Awansowała w tym roku m.in. do ćwierćfinału w Charleston, półfinału w Strasbourgu, czy finału w Osace. Potrafiła ugrać też jednego seta samej Serenie Williams. Uczęszczała do akademii Nicka Saviano, a obecnie trenuje pod okiem Francuzki Nathalie Tauziat, finalistki Wimbledonu z 1998. Bez dwóch zdań, na tę zawodniczkę w niedalekiej przyszłości trzeba bardzo uważać.
6. Niespodzianka roku: zakończenie kariery przez Marion Bartoli
Francuzka od zawsze wyróżniała się z tłumu tenisistek, nie trudno było zapamiętać tę postać. W 2007 roku grała w finale Wimbledonu, swoje marzenie zrealizowała 6 lat później pokonując w decydującym meczu Sabine Lisicki. Wiadomość o zakończeniu kariery była wielkim szokiem. Nastąpiło to 14 sierpnia, po przegranym meczu drugiej rundy w Cincinnati z Simoną Halep. Bartoli nie kazała jednak "wykreślić" siebie z rankingu, jej nazwisko dalej figuruje. Pytanie tylko, czy na długo.
W tym roku do kalendarza weszły też już na dobre zawody cyklu WTA 125k (z pulą nagród 125 tys.). Premierowe edycje zostały rozegrane w ubiegłym sezonie. Do tego typu imprez podchodzę sceptycznie. Z jednej strony jest to pewnego rodzaju pomost łączący challengery, futuresy i turnieje WTA. Z drugiej storny chodzi tu oczywiście o pieniądze, ponieważ 90% tych imprez to azjatyckie mało znane miasta (odsyłam was do artykułu "Nietykalna" o S. Allaster).
Po pięciu latach posuchy wreszcie do Polski zawitały zawody z cyklu WTA. Mogą się tym pochwalić Katowice. Pierwszą edycję wygrała Roberta Vinci pokonując Petrę Kvtiovą. Jeśli Włoszka wróci do nas za rok, to nie będzie jej łatwo obronić tytuł, ponieważ nawierzchnia zostanie zmieniona na twardą. Według mnie jedno jest pewne - zarówno Spodek, jak i kibice w nim zasiadający spiszą się na medal, bo niewątpliwie organizacja może być godna podziwu i powinniśmy być z tego dumni.
Jak co roku bywa, są też zawodniczki, które kończą swoje występy. Jak już pisałem, najgłośniejszym rozstaniem z tenisem było te Marion Bartoli. Oprócz niej z losem pogodziły się Severine Beltrame, która w wieku 33 lat rozegrała swój ostatni mecz w kwalifikacjach French Open; Anna Chakvetadze, którą bardzo często nękały kontuzje, próbowała jeszcze powracać, ale bez żadnych sukcesów i 11 września ostatecznie ogłosiła swoją decyzję; Jill Craybas (39 lat), dla której ostatnim turniejem było US Open; Anne Keothavong, która swój pożegnalny mecz rozegrała w 1r. Wimbledonu; Rebecca Marino, mająca tylko 22 lata; Katalin Marosi (32 lata); Zuzana Ondraskova (33 lata); Ahsha Rolle (28 lat); Anastasija Sevastova (23 lata) i Anges Szavay (24 lata). Kibice tenisa wciąż czekają na powrót Tatiany Golovin, która musiała zawiesić karierę z powodu kontuzji pleców. Wiadomo już, że na początku przyszłego roku powróci Vera Zvonareva, która otrzymała dziką kartę od organizatorów turnieju w Shenzhen. Oczywiście wszyscy pamiętają też powrót do debla Martiny Hingis.
Poza seniorami o prestiż w tym sezonie walczyli też juniorzy i niepełnosprawni. U młodych pojawiły się kolejne gwiazdy, które być może odniosą później sukcesy na arenie międzynarodowej. Mowa tu o Belindzie Bencic i Ani Konjuh. Ta pierwsza jest też liderką w rankingu. Jeśli chodzi o gry na wózkach, to wśród pań nie ma następczyni Esther Vergeer, ale Holandia jako kraj panuje cały czas, dzięki chociażby Aniek van Koot.
Sezon 2013 można też podsumować w liczbach:
- 25 krajów odnosiło zwycięstwa turniejowe
- 14 gemów straciła S. Williams wygrywając turniej w Rzymie
- 43 - z tylu gemów składały się najdłuższe mecze (oba w 1r. AO - Muguruza d. Rybarikova 4:6 6:1 14:12; Cornet d. Erakovic 7:5 6:7 10:8
- 34 spotkania z rzędu wygrała Serena (od Miami do 4r. Wimbledonu)
- 8 pań wygrało swoje pierwsze imprezy w karierze (Erakovic - Memphis; Halep - Norymberga; Meusburger - Bad Gastein; Niculescu - Florianopolis; Ka. Pliskova - Kuala Lumpur; Svitolina - Baku; Vesnina - Hobart; Zhang - Guangzhou)
- 18 pojedynków zakończyła się rezultatem 6:0 6:0
- 127 - najniższy ranking, z jakim tenisistka wygrała turniej (Ka. Pliskova - Kuala Lumpur)
- 3 - tyle meczboli broniła M. Niculescu w 1r. z Anabel Mediną Garrigues we Florianopolis. Później cały turniej wygrała.
Grzechem by było nie wspomnieć o naszym rodzimym tenisie. Cały sezon Agnieszki Radwańskiej można uznać za dobry.Wygrana w Auckland, Sydney i Seulu, półfinały w Doha, Miami, czy Wimbledonie to tylko niektóre z tych występów. Niepokoi mnie jednak jej forma podczas Mistrzostw. Trzy grupowe, gładko przegrane pojedynki brutalnie ukazały brak formy Polki. Widać było, że ciężko jej się gra, a mecz z Kerber oddała prawie bez żadnej walki. Nie rozumiem też czemu większość broni ją dlatego, ze jest zmęczona. Przecież cała ósemka gra resztkami sił, a mimo to pokazuje się ze świetnej strony. Na pewno trzeba przed następnym sezonem wyciągnąć wnioski. Do Agnieszki w Stambule pasowała tylko jedna rzecz - żałobny kolor sukienki. Urszula natomiast kompletnie zawaliła ostatnią część sezonu, jednak jak wiemy, musiała niedawno przejść operację barku. Powinniśmy być bardzo zadowoleni z postawy Katarzyny Piter. Poznanianka w Luksemburgu odniosła największy triumf - awansowała do ćwierćfinału.
W kalendarzu na rok 2014 mamy też kilka zmian. Z cyklu wyrzucono turnieje w Memphis, Palermo i Carlsbad - tym samym skrócono sezon amerykański, a wydłużono azjatycki. Po US Open zaplanowano Hong Kong, turniej w Tokio zmniejszono rangą na Premier i będzie rozgrywany tydzień wcześniej, a w jego miejsce pojawi się Wuhan Tennis Open -rangi Premier 5. Do cyklu powróci też turniej w Stambule (tydzień przez Stanford). Pula nagród wszystkich imprez rangi International wzrośnie do 250 tys. dolarów, a w większości rangi Premier zostanie wyrównana do 710 tys. dolarów (oprócz Brisbane i Dubaju). Na koniec sezonu zagra też po raz pierwszy 8 najlepszych debli.
Dla zdecydowanej większości tenisistek zaczynają się zasłużone wakacje. Jednak przed nami dwie ważne imprezy w tygodniu. Jedną z nich jest finał Fed Cup, gdzie Włoszki grające w składzie Errani, Vinci, Pennetta, Knapp zmierzą się u siebie, w Cagliari, na kortach ziemnych z Rosjankami. Co ciekawe, ich kapitan wystawił trzeci lub czwarty skład złożony z Alexandry Panovej, Alisy Kleybanovej, Iriny Kromachevej i Margarity Gasparyan. Jest to spowodowane drugim turniejem, w Sofii, gdzie zagrają najlepiej spisujące się panie w imprezach rangi International. Oprócz Rosjanek - Kirilenko, Vesniny, Pavlyuchenkovej, zobaczymy tam Halep, Ivanovic, Stosur, Cornet i Pironkovą.
Dobrnęliśmy wreszcie do wyczekiwanej przerwy. Potrwa ona ok. 8 tygodni, ale tenisistki poleniuchują pewnie około trzech. Potem niczym jojo wróci okres przygotowawczy do sezonu, czyli czas bardzo ciężkiej, wytężonej, fizycznej pracy, wylewanie hektolitrów potów. To wszystko po to, aby jak najlepiej wejść w sezon 2014, który rozpocznie się w Brisbane...30 grudnia 2013 roku.
Facebook - Felietony tenisowe
wtorek, 22 października 2013
Nie samym tenisem człowiek żyje.
Patrząc na zawodowych graczy tenisa coraz częściej możemy zauważyć, że są oni mocno zaangażowani w swoje pasje, które nie są związane z tenisem. Otwierają własne przedsiębiorstwa, inwestują we własne zachcianki, czy dzielą się wiedzą nabytą we wcześniejszych latach. Krótko mówiąc, zarabiają na siebie (chociaż komu jak komu, ale tenisistom pieniędzy nie brakuje), czy zabezpieczają się na przyszłość, aby godnie, z wdziękiem wejść w okres starości i cieszyć się, że wykorzystało się jak najlepiej swoje pięć minut.
Moim zdaniem najbardziej spełnia swoje zainteresowanie Amerykanka Venus Williams. Jest ona głównodowodzącą w firmie V Starr, która zajmuje się projektowaniem wnętrz (Starr to jej drugie imię). Jednak o wiele więcej osób zna tę zawodniczkę z promowania swojego biznesu odzieżowego - EleVen by Venus. W strojach tej marki na kortach prezentują się np. Johanna Konta, Jarmila Gajdosova i Varvara Lepchenko. Amerykanka podkreśla też, że te ubrania są również dedykowane kobietom nie uprawiającym sportów, a można było też natknąć się na pogłoskę, że ma powstać również kolekcja przeznaczona płci męskiej. Także jej siostra, Serena, jest pasjonatką mody, też okazjonalnie projektuje. Jednak znakiem rozpoznawczym numeru jeden są kolorowe paznokcie (a kilka lat temu "stroje" tenisowe).
Pozostając przy graczach zza oceanu należy wspomnieć o braciach Bryan, którzy mają swój własny zespół muzyczny, a podczas US Open 2009 wydali nawet album pt. "Let it rip" (współpraca z Davidem Byronem) Bob, leworęczny i młodszy o dwie minuty gra na keyboardzie, a Mike, praworęczny, wykazuje swoje umiejętności na perkusji i gitarze.
Równie efektowną i efektywną forma zarobku jest wydanie własnej autobiografii, co robi coraz więcej osób. Na rynku można zaopatrzyć się w książki m.in. Monici Seles "Przezwyciężyć Strach", Martiny Navratilovej "Grać, aby przegrać", Justine Henin "Szczęście znalezione na korcie", Rogera Federera "Najwspanialszy", Pete'a Samprasa "Umysł mistrza", Andre Agassiego "Open", Rafaela Nadala "Rafa", czy "Borg, McEnroe i złota era tenisa". Ciekawym nabytkiem może być podręcznik Novaka Djokovica "Serve to Win", który opisuje tajniki diety bezglutenowej, która doprowadziła go na sam szczyt rankingu. Jak widać, może się od tego zakręcić w głowie, pytanie tylko, czy wszystkie teksty są godne polecenia.
Bardzo cenioną postawą wśród wszystkich ludzi jest pomoc innym. Można to wyraźnie zaobserwować też w tej dyscyplinie sportu, gdyż gracze z chęcią podejmują się trudnemu wyzwaniu i zakładają własne fundacje charytatywne. Właśnie w tym kierunku krok naprzód zrobili m.in. Novak Djokovic, Chris Evert, Rogert Federer, a za najbardziej poświęcających się na rzecz chorych dzieci z całą pewnością należy zaliczyć małżeństwo Steffi Graf i Andre Agassiego, dla których jest to bez wątpienia pasja. Obecnie podczas turniejów rozgrywane są też mecze charytatywne, m.in. Hit for Haiti podczas Australian Open 2010, które cieszą się coraz większą popularnością i chwała za to.
Niektórzy tenisiści mają też trochę mniej typowe zainteresowania, którym się poświęcają, a za przykład można podać Andy'ego Murraya. Niedawno odznaczony Orderem Imperium Brytyjskiego Szkot założył agencję menedżerską "77" (tyla lat czekano na triumfatora - gospodarza na Wimbledonie). Firma będzie reprezentowała Andy'ego i jego brata Jamie'go, który podkreśla, że utworzenie takiego biznesu da mu "większą swobodę i szansę, aby zaangażować się w swoje interesy".
Wśród byłych graczy możemy też odnaleźć wielkich pasjonatów sztuki. Jednym z nich jest Ivan Lendl, który ma słabość do obrazów czeskiego twórcy Alfonsa Muchy. Zostały one nawet wystawione w praskim muzeum. Jeszcze bardziej malarstwu oddał się John McEnroe, który otworzył nawet własną galerię w dzielnicy SoHo na Manhattanie, gdzie swoją siedzibę ma New Museum of Contemporary Art, jedno z najlepszych muzeów sztuki nowoczesnej. Jak jednak wiemy, McEnroe nigdy nie potrafił wysiedzieć długo w jednym miejscu, co powoduje, że gra również na gitarze, a w 2004 miał nawet swój talk-show, który zdjęto z anteny z powodu niskiej oglądalności.
Wśród pań Justine Henin poza fundacją poświęciła się też przekazywaniu swojej wiedzy i założyła akademię "Justine for Kids". Margaret Smith Court także spisała autobiografię i zajęła się prowadzeniem centrum chrześcijańskiego Victory Life Centre. Natomiast Martina Hingis uwielbia jeździectwo. Szwajcarka często pojawia się na tego typu imprezach, a nawet w nich startuje, w swojej stajni ma trzy konie. Poza tym stawia pierwsze kroki w projektowaniu ubrań. W odzieży marki Tonic by Martina Hingis widoczni byli sędziowie i dzieci do podawania piłek w trakcie turnieju w Carlsbad, gdzie wróciła do gry deblowej. Podsumowując "dokonania modowe" należy wspomnieć o Bjornie Borgu, na którego konto coroczne wpływa 1% ze sprzedaży kosmetyków i odzieży sygnowanej jego imieniem.
Niestety nie wszystkie pasje są godne naśladowania. Szczególnie te Borisa Beckera, znanego z zamiłowania do pokera. Przynosiło mu to pewne kłopoty w życiu prywatnym, ale to z pewnością temat na oddzielną historię.
Jak widać, nawet tenisiści często ulegają swego rodzaju pokusie i pewnej modzie na rozwijanie swojego hobby nawet na arenie międzynarodowej. W zdecydowanej większości przykładów widzimy bez wątpienia wzory godne naśladowania, które pomagają tym "zwykłym" ludziom uwierzyć w siebie i utwierdzają w przekonaniu, że bez względu na ambicję warto zaryzykować, bo efekty z całą pewnością prędzej, czy później mile nas zaskoczą i otworzą drzwi do sukcesu.
Moim zdaniem najbardziej spełnia swoje zainteresowanie Amerykanka Venus Williams. Jest ona głównodowodzącą w firmie V Starr, która zajmuje się projektowaniem wnętrz (Starr to jej drugie imię). Jednak o wiele więcej osób zna tę zawodniczkę z promowania swojego biznesu odzieżowego - EleVen by Venus. W strojach tej marki na kortach prezentują się np. Johanna Konta, Jarmila Gajdosova i Varvara Lepchenko. Amerykanka podkreśla też, że te ubrania są również dedykowane kobietom nie uprawiającym sportów, a można było też natknąć się na pogłoskę, że ma powstać również kolekcja przeznaczona płci męskiej. Także jej siostra, Serena, jest pasjonatką mody, też okazjonalnie projektuje. Jednak znakiem rozpoznawczym numeru jeden są kolorowe paznokcie (a kilka lat temu "stroje" tenisowe).
Pozostając przy graczach zza oceanu należy wspomnieć o braciach Bryan, którzy mają swój własny zespół muzyczny, a podczas US Open 2009 wydali nawet album pt. "Let it rip" (współpraca z Davidem Byronem) Bob, leworęczny i młodszy o dwie minuty gra na keyboardzie, a Mike, praworęczny, wykazuje swoje umiejętności na perkusji i gitarze.
Równie efektowną i efektywną forma zarobku jest wydanie własnej autobiografii, co robi coraz więcej osób. Na rynku można zaopatrzyć się w książki m.in. Monici Seles "Przezwyciężyć Strach", Martiny Navratilovej "Grać, aby przegrać", Justine Henin "Szczęście znalezione na korcie", Rogera Federera "Najwspanialszy", Pete'a Samprasa "Umysł mistrza", Andre Agassiego "Open", Rafaela Nadala "Rafa", czy "Borg, McEnroe i złota era tenisa". Ciekawym nabytkiem może być podręcznik Novaka Djokovica "Serve to Win", który opisuje tajniki diety bezglutenowej, która doprowadziła go na sam szczyt rankingu. Jak widać, może się od tego zakręcić w głowie, pytanie tylko, czy wszystkie teksty są godne polecenia.
Bardzo cenioną postawą wśród wszystkich ludzi jest pomoc innym. Można to wyraźnie zaobserwować też w tej dyscyplinie sportu, gdyż gracze z chęcią podejmują się trudnemu wyzwaniu i zakładają własne fundacje charytatywne. Właśnie w tym kierunku krok naprzód zrobili m.in. Novak Djokovic, Chris Evert, Rogert Federer, a za najbardziej poświęcających się na rzecz chorych dzieci z całą pewnością należy zaliczyć małżeństwo Steffi Graf i Andre Agassiego, dla których jest to bez wątpienia pasja. Obecnie podczas turniejów rozgrywane są też mecze charytatywne, m.in. Hit for Haiti podczas Australian Open 2010, które cieszą się coraz większą popularnością i chwała za to.
Niektórzy tenisiści mają też trochę mniej typowe zainteresowania, którym się poświęcają, a za przykład można podać Andy'ego Murraya. Niedawno odznaczony Orderem Imperium Brytyjskiego Szkot założył agencję menedżerską "77" (tyla lat czekano na triumfatora - gospodarza na Wimbledonie). Firma będzie reprezentowała Andy'ego i jego brata Jamie'go, który podkreśla, że utworzenie takiego biznesu da mu "większą swobodę i szansę, aby zaangażować się w swoje interesy".
Wśród byłych graczy możemy też odnaleźć wielkich pasjonatów sztuki. Jednym z nich jest Ivan Lendl, który ma słabość do obrazów czeskiego twórcy Alfonsa Muchy. Zostały one nawet wystawione w praskim muzeum. Jeszcze bardziej malarstwu oddał się John McEnroe, który otworzył nawet własną galerię w dzielnicy SoHo na Manhattanie, gdzie swoją siedzibę ma New Museum of Contemporary Art, jedno z najlepszych muzeów sztuki nowoczesnej. Jak jednak wiemy, McEnroe nigdy nie potrafił wysiedzieć długo w jednym miejscu, co powoduje, że gra również na gitarze, a w 2004 miał nawet swój talk-show, który zdjęto z anteny z powodu niskiej oglądalności.
Wśród pań Justine Henin poza fundacją poświęciła się też przekazywaniu swojej wiedzy i założyła akademię "Justine for Kids". Margaret Smith Court także spisała autobiografię i zajęła się prowadzeniem centrum chrześcijańskiego Victory Life Centre. Natomiast Martina Hingis uwielbia jeździectwo. Szwajcarka często pojawia się na tego typu imprezach, a nawet w nich startuje, w swojej stajni ma trzy konie. Poza tym stawia pierwsze kroki w projektowaniu ubrań. W odzieży marki Tonic by Martina Hingis widoczni byli sędziowie i dzieci do podawania piłek w trakcie turnieju w Carlsbad, gdzie wróciła do gry deblowej. Podsumowując "dokonania modowe" należy wspomnieć o Bjornie Borgu, na którego konto coroczne wpływa 1% ze sprzedaży kosmetyków i odzieży sygnowanej jego imieniem.
Niestety nie wszystkie pasje są godne naśladowania. Szczególnie te Borisa Beckera, znanego z zamiłowania do pokera. Przynosiło mu to pewne kłopoty w życiu prywatnym, ale to z pewnością temat na oddzielną historię.
Jak widać, nawet tenisiści często ulegają swego rodzaju pokusie i pewnej modzie na rozwijanie swojego hobby nawet na arenie międzynarodowej. W zdecydowanej większości przykładów widzimy bez wątpienia wzory godne naśladowania, które pomagają tym "zwykłym" ludziom uwierzyć w siebie i utwierdzają w przekonaniu, że bez względu na ambicję warto zaryzykować, bo efekty z całą pewnością prędzej, czy później mile nas zaskoczą i otworzą drzwi do sukcesu.
![]() |
| Gwiazdy podczas imprezy Hit for Haiti 2010 na Indian Wells. Pytanie, kim jest mężczyzna stojący obok Steffi Graf i dlaczego akurat to on zajął te zaszczytne miejsce? |
środa, 16 października 2013
Pim-Pim is back?
W piątkowy wieczór na oficjalnej stronie turnieju If Stockholm Open pojawiła się drabinka turniejowa do kwalifikacji poprzedzających turniej główny. Bardzo się zdziwiłem, gdy na miejscu nr 28 znalazło się nazwisko Joachima Johanssona, słynnego niegdyś "Pim-Pima", który dwa lata wcześniej zakończył karierę. Otrzymał od dziką kartę od organizatora zawodów, Thomasa Johanssona, niegdyś znakomitego tenisistę (zbieżność nazwisk przypadkowa). Jak na razie idzie jak burza, pokazuje rywalom, gdzie ich miejsce. Pytanie tylko, czy jest to powrót jednorazowy, czy Szwed zawita na dłużej, ratując swój kraj od zapaści w tenisie.
Pim-Pim (co w jego kraju jest kojarzone również z cukierkiem) pierwsze kroki w tenisie stawiał w wieku pięciu lat, a pomagał mu w tym ojciec Leif, który reprezentował swoje państwo przede wszystkim w Pucharze Davisa (w 1974 pokonał nawet Wojciecha Fibaka). Natomiast jego matka, Margareta, była pracownicą w banku. Johansson dzieciństwo spędził w Sodertalje, rodzinnym mieście Bjorna Borga, z którym w wieku czternastu lat miał nawet okazję potrenować i odbijał z nim kilka piłek.
Gdy osiągnął pełnoletność rozegrał swój pierwszy turniej rangi ATP, w Bastad. Jednak po pierwszym secie musiał zejść z kortu (jak się później okazało, kłopoty zdrowotne nie opuszczały go przez całą karierę). Cztery lata później wygrał swoją pierwszą imprezę tego cyklu, w amerykańskie Mephis, eliminując m.in. Jamesa Blake'a, Mardy'ego Fisha, a w finale Niemca Nicolasa Kiefera. W wielkoszlemowym US Open dotarł do półfinału, gdzie musiał uznać wyższość Australijczyka Lleytona Hewitta. Kolejny sezon rozpoczął następnymi zwycięstwami w zawodach - w Adelajdzie i Marsylii. Można powiedzieć, że to był koniec jego dobrych występów.
Druga połowa roku przebiegła pod znakiem nieobecności tego gracza w tourze. Wymusiła to na nim kontuzja prawego ramienia. Joachim starał się powracać na korty, ale co chwila musiał poddawać mecze. Przechodził też częste operacje. W sezonach 2006-2007 rozegrał tylko piętnaście meczów. Na początku 2008 zakończył też karierę. Powrócił jednak w październiku, tam, gdzie gra teraz.
W następnych latach występował w challengerach, wyjątek robił tylko dla Sztokholmu, gdzie grał dzięki dzikiej karcie. Reprezentował też kraj w Pucharze Davisa. Ostatni swój mecz oddawał walkowerem, Niemcowi Markowi-Alexandrowi Keplerowi, w drugim meczu futuresa w Szwajcarii. W deblu niechętnie występował, chociaż wygrał jedną imprezę, w Bastad w 2005 w parze z Jonasem Bjorkmanem. Cztery sezony później definitywnie rozstał się z grą podwójną. Przegrał mecz z obecnie bardzo dobrą parą - Marcelo Melo i Andre Sa. Wracając do singla, najwyżej był na 9. pozycji.
Joachim Johansson ma brata, Nicolasa. W latach 2000-2005 jego dziewczyną była siostra Lleytona Hewitta, Jaslyn. Potem w sidła wpadła bardzo dobra lekkoatletka, płotkarka Jenny Kallur. Ustatkował się dopiero u boku golfistki Johanny Westberg. 29 grudnia 2009 roku na świat przyszedł ich syn - Leo.
Patrząc na karierę tego zawodnika, na pierwszy rzut oka widać, że nie była ona usłana różami. Dlatego jeszcze bardziej chcę, aby Szwed grał dłużej niż tylko w tym turnieju, bo widać, że jest w formie i jest głodny gry i w szczególności zwycięstw. Warto zauważyć, że Joachim osiągając finał byłby obecnie najlepszym tenisistą w swoim kraju. Na razie "lideruje" Markus Eriksson, który zajmuje 406. miejsce i ma oszałamiającą ilość 94. punktów. W tych czasach jest to nie do pomyślenia, patrząc szczególnie kilka, kilkanaście lat wstecz. Wtedy reprezentanci tego państwa mogli pochwalić się takimi tenisistami jak Bjorn Borg (11. tytułów wielkoszlemowych), Stefan Edberg (6. tytułów wielkoszlemowych), Thomas Johansson (srebrny medalista z IO w Pekinie w deblu), Magnus Norman, Mikael Pernfors, czy Mats Wilander (6. tytułów wielkoszlemowych).
Obecnie chociaż trochę honoru szwedzkiego bronią debliści, m.in. Robert Lindstedt, czy Johan Brunstrom. Oni jednak też już mają swoje lata. Myślę jednak, że większość czeka na wielki powrót wielkiej nadziei sprzed kilku lat - Robina Soderlinga, który cały czas zmaga się z mononukleozą. Osobiście trzymam kciuki za obu i chcę, aby Szwecja wreszcie odbiła się z dołka i pokazała, że istnieje na tenisowej mapie świata, nie tylko jako organizator zawodów.
Pim-Pim (co w jego kraju jest kojarzone również z cukierkiem) pierwsze kroki w tenisie stawiał w wieku pięciu lat, a pomagał mu w tym ojciec Leif, który reprezentował swoje państwo przede wszystkim w Pucharze Davisa (w 1974 pokonał nawet Wojciecha Fibaka). Natomiast jego matka, Margareta, była pracownicą w banku. Johansson dzieciństwo spędził w Sodertalje, rodzinnym mieście Bjorna Borga, z którym w wieku czternastu lat miał nawet okazję potrenować i odbijał z nim kilka piłek.
Gdy osiągnął pełnoletność rozegrał swój pierwszy turniej rangi ATP, w Bastad. Jednak po pierwszym secie musiał zejść z kortu (jak się później okazało, kłopoty zdrowotne nie opuszczały go przez całą karierę). Cztery lata później wygrał swoją pierwszą imprezę tego cyklu, w amerykańskie Mephis, eliminując m.in. Jamesa Blake'a, Mardy'ego Fisha, a w finale Niemca Nicolasa Kiefera. W wielkoszlemowym US Open dotarł do półfinału, gdzie musiał uznać wyższość Australijczyka Lleytona Hewitta. Kolejny sezon rozpoczął następnymi zwycięstwami w zawodach - w Adelajdzie i Marsylii. Można powiedzieć, że to był koniec jego dobrych występów.
Druga połowa roku przebiegła pod znakiem nieobecności tego gracza w tourze. Wymusiła to na nim kontuzja prawego ramienia. Joachim starał się powracać na korty, ale co chwila musiał poddawać mecze. Przechodził też częste operacje. W sezonach 2006-2007 rozegrał tylko piętnaście meczów. Na początku 2008 zakończył też karierę. Powrócił jednak w październiku, tam, gdzie gra teraz.
W następnych latach występował w challengerach, wyjątek robił tylko dla Sztokholmu, gdzie grał dzięki dzikiej karcie. Reprezentował też kraj w Pucharze Davisa. Ostatni swój mecz oddawał walkowerem, Niemcowi Markowi-Alexandrowi Keplerowi, w drugim meczu futuresa w Szwajcarii. W deblu niechętnie występował, chociaż wygrał jedną imprezę, w Bastad w 2005 w parze z Jonasem Bjorkmanem. Cztery sezony później definitywnie rozstał się z grą podwójną. Przegrał mecz z obecnie bardzo dobrą parą - Marcelo Melo i Andre Sa. Wracając do singla, najwyżej był na 9. pozycji.
Joachim Johansson ma brata, Nicolasa. W latach 2000-2005 jego dziewczyną była siostra Lleytona Hewitta, Jaslyn. Potem w sidła wpadła bardzo dobra lekkoatletka, płotkarka Jenny Kallur. Ustatkował się dopiero u boku golfistki Johanny Westberg. 29 grudnia 2009 roku na świat przyszedł ich syn - Leo.
Patrząc na karierę tego zawodnika, na pierwszy rzut oka widać, że nie była ona usłana różami. Dlatego jeszcze bardziej chcę, aby Szwed grał dłużej niż tylko w tym turnieju, bo widać, że jest w formie i jest głodny gry i w szczególności zwycięstw. Warto zauważyć, że Joachim osiągając finał byłby obecnie najlepszym tenisistą w swoim kraju. Na razie "lideruje" Markus Eriksson, który zajmuje 406. miejsce i ma oszałamiającą ilość 94. punktów. W tych czasach jest to nie do pomyślenia, patrząc szczególnie kilka, kilkanaście lat wstecz. Wtedy reprezentanci tego państwa mogli pochwalić się takimi tenisistami jak Bjorn Borg (11. tytułów wielkoszlemowych), Stefan Edberg (6. tytułów wielkoszlemowych), Thomas Johansson (srebrny medalista z IO w Pekinie w deblu), Magnus Norman, Mikael Pernfors, czy Mats Wilander (6. tytułów wielkoszlemowych).
Obecnie chociaż trochę honoru szwedzkiego bronią debliści, m.in. Robert Lindstedt, czy Johan Brunstrom. Oni jednak też już mają swoje lata. Myślę jednak, że większość czeka na wielki powrót wielkiej nadziei sprzed kilku lat - Robina Soderlinga, który cały czas zmaga się z mononukleozą. Osobiście trzymam kciuki za obu i chcę, aby Szwecja wreszcie odbiła się z dołka i pokazała, że istnieje na tenisowej mapie świata, nie tylko jako organizator zawodów.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



