8 lipca 2013 zawodnik ten po raz pierwszy w swojej karierze awansował na trzecie miejsce w rankingu. Przez jakiś czas był nawet najlepszym Hiszpanem. Ten sezon też zakończył na najniższym stopniu podium, ustępując Nadalowi i Djokovicovi. Kilka miesięcy temu odniósł swój największy sukces, zagrał w finale turnieju wielkoszlemowego - we French Open. Kolejny reprezentant starszego pokolenia, skończył w tym roku 31 lat. Takie wstępne słowa charakteryzują oczywiście Davida Ferrera.
"Ferru", bo tak nazywany przez bliskich, przyszedł na świat w miejscowości Xabia, nieopodal Walencji. Grę w tenisa rozpoczął we wczesnych latach, wzorując się na jego starszym bracie, Javierze, który był bardzo dobrym juniorem, a obecnie jest dyrektorem w akademii tenisowej Ferrerów, w ich rodzinnym mieście. W wieku 13 lat David przeniósł się do Gandii, a dwa lata później rozpoczął szkolenie w bardzo prestiżowej Katalońskiej Federacji Tenisowej w Barcelonie. Kilka miesięcy spędził też w akademii Juana Carlosa Ferrero, aby następnie wrócić do "swojej" Xabii.
Przed oficjalnym "wejściem" do profesjonalnych rozgrywek grał w futuresach i challengerach. Pierwszą imprezę tego typu wygrał w Sopocie, bardzo często występował w naszym kraju. Premierowy mecz w zawodach rangi ATP rozegrał w 2002, w Estoril, gdzie sklasyfikowany na miejscu 207. rywalizował jak równy z równym, z ówczesnym numerem 7, Rosjaninem Maratem Safinem, któremu ugrał nawet seta. W tym samym sezonie wygrał też pierwszy turniej, w stolicy Rumunii - Bukareszcie, w finale ogrywając Jose Acasuso. Rok później zadebiutował też od razu we wszystkich imprezach wielkoszlemowych, ale świata tam nie zawojował. Jego kariera jednak cały czas nabierała tempa.
W 2004 seryjnie pojawiał się w ćwierćfinałach, pokonał nawet graczy z czołowej dziesiątki (Davida Nalbandiana i Sebastiana Grosjeana) i wreszcie awansował do najlepszej pięćdziesiątki rankingu. W 2005 odniósł triumf w dwóch imprezach deblowych, w których partnerował Santiago Venturze. Podczas Roland Garros wyeliminował obrońcę tytułu - Gastona Gaudio. Do pełni szczęścia brakowało mu tylko kolejnego trofeum w singlu. Odkuł się rok później, w Stuttgarcie, imprezie rangi ATP 500, gdzie ponownie ograł Jose Acasuso.
Sezon 2007 to kolejne wielkie triumfy. Cieszył się ze zwycięstwa w Auckland, Bastad i Tokio, pierwszy raz zarobił ponad milion dolarów w rok, awansował do półfinału Wielkiego Szlema - US Open, i co najważniejsze, wreszcie awansował do czołowej dziesiątki rankingu i zaczął być brany pod uwagę, jako pretendent do triumfu w tych ważniejszych imprezach. W roku olimpijskim zapisał na swoje konto triumf na kortach trawiastych, w Hertogenbosch, i od teraz może poszczycić się wygranymi na wszystkich typach nawierzchni. W kolejnych latach Ferrer coraz częściej notował bardzo dobre występy w zawodach dużej rangi, bywał w finałach turniejów ATP 1000, oczywiście najczęściej na ulubionej czerwonej mączce. Niestety pozytywne rezultaty w tego typu imprezach nie przyniosły odzwierciedlenia w Wielkim Szlemie, gdzie w sezonach 2009-2011, oprócz półfinału AO 2011, nie przebrnął czwartej rundy. Kolejne poważne zmiany przyniósł następny olimpijski sezon.
W 2012 rozegrał aż 91 meczów, z czego 76 było zwycięskich. Nagrody dla triumfatora odbierał w Auckland, Buenos Aires, Acapulco, Hertogenbosch, Bastad, Walenji i Paryżu, gdzie pokonał Jerzego Janowicza i wreszcie zwyciężył w imprezie rangi ATP 1000. W startach wielkoszlemowych nie odpadał wcześniej niż w ćwierćfinale. Zarobił też ponad 4 miliony dolarów. Natomiast w niedawno zakończonym sezonie dobił do prawie 5 milionów. Nie dał rywalom żadnych szans w Auckland i Buenos Aires, a tylko jeden zawodnik był od niego lepszy w Acapulco, Miami, Oeiras, French Open, Sztokholmie, Walencji i Paryżu. Doszedł do ćwierćfinału w Wimbledonie i US Open, półfinału Australian Open i, jak już wspomniałem, finału Roland Garros.
Hiszpan stara się mocno chronić swoje życie prywatne. Wiadomo jednak, że jego dziewczyną jest Marta Tornel, która wraz z rodzicami założyła własny sklep optyczny. Para ta poznała się dzięki żonie jego obecnego trenera, Javiera Piles, i jest uważana za jeden z najlepiej wyglądających duetów w tym sporcie. Poza wychodzeniem na kort, David lubi grać w piłkę nożną i koszykówkę, a jego ulubionym klubem jest FC Valencia. Uwielbia też gotować i w każdej wolnej chwili czyta książki.
Jak większość tenisistów z tych rejonów Europy, tak i Ferrer preferuje grę na wolnych nawierzchniach, czyli w szczególności ziemi. Podczas gry przemawia też za nim wzrost, tylko 175 cm, co powoduje, że jest on bardzo sprytny i zwinny, co możemy zauważyć podczas meczów w jego wykonaniu. Jest on na pewno bardzo trudnym przeciwnikiem, a rywale czują przed nim respekt. Jak widać po wynikach, jest on też coraz mocniej liczącym się zawodnikiem, i mimo że przekroczył on już 30 lat, to jest w stanie pokazać jeszcze swoje prawdziwe oblicze i wygrać z każdym tenisistą. Ja osobiście chcę, żeby tak było, ponieważ jest to bardzo sympatyczny gracz, który cały czas jest schowany w cieniu swojego utytułowanego rodaka - Rafaela Nadala.
sobota, 7 grudnia 2013
piątek, 29 listopada 2013
Historyczna rywalizacja.
8 czerwca 2006 r.
Na kortach im. Rolanda Garrosa przyszedł czas na męskie ćwierćfinały. Podczas jednego z nich na plac gry wyszli dwaj gracze. Sklasyfikowany wówczas na pozycji wicelidera, Hiszpan Rafael Nadal i dopiero 63. w rankingu Serb Novak Djokovic. Wszystkie oczy były zwrócone oczywiście na tenisistę z Mallorci. I nic dziwnego, bo do pojedynku z tym mało znanym wówczas rywalem miał 57 meczów z rzędu wygranych właśnie na nawierzchni ziemnej. Nic nie było mu w stanie przeszkodzić. I żadnej sensacji nie odnotowano. Serb przy stanie 4:6 4:6 zszedł z kortu z powodu kontuzji pleców i uda. Nadal wygrał cały French Open. Jednak nikt nie pomyślał wtedy, że rywalizacja tych dwóch zawodników może zapisać się na stałe na kartach historii.
Przed tym spotkaniem Djokovic nie miał na koncie żadnych poważnych wyników. Nieśmiało wchodził do pierwszej setki i często odpadał w początkowych fazach imprez. Dopiero te wydarzenie przyniosło poważniejszą zmianę i już miesiąc później wygrał swoją pierwszą imprezę - w holenderskim Amersfoort. Co innego, jeśli mówimy o Nadalu. Jest on tylko rok starszy od Serba, a w tym samym momencie miał już na swoim koncie zapisany triumf właśnie we French Open. Hiszpan miło również wspomina zawody w Sopocie, które wygrał jako w pierwsze w swojej niewątpliwie bogatej karierze. Jak widać, początkowe losy obu tenisistów potoczyły się zgoła inaczej, ale wiemy, że przyniosły bardzo pożądane skutki.
29 marca 2007 r.
To było ich kolejne spotkanie w niespełna dwa tygodnie. Po finale imprezy w Indian Wells, w tym dniu rozegrali ćwierćfinał w Miami. Djokovic nie był już mało znanym graczem. Zawitał do pierwszej dziesiątki i na arenie międzynarodowej pokazywał się z coraz lepszej strony. Na tyle dobrej, że zaskoczył kibiców, bukmacherów (kurs na niego wynosił 4,46$) i nawet sam siebie. Wygrał 6:3 6:4 i jak powiedział po pomeczowym wywiadzie, odniósł największe i najważniejsze zwycięstwo w karierze nad najlepszym jak do tej pory zawodnikiem. To nie było też jego ostatnie słowo. W półfinale zdemolował Andy'ego Murraya, aby w finale ograć Guillermo Canasa. Jak się w przyszłości okazało, był to jeden z jego ulubionych turniejów. Triumfował tu jeszcze w 2011 i 2012 roku.
Przez następne lata rywalizacja była bardziej wyrównana, ale same wyniki nie przynosiły żadnych dużych niespodzianek. Na czerwonej mączce Nadal był nietykalny, Djokovic próbował swoich sił na innych nawierzchniach, wygrywał m.in. w 2008 w Cincinnati, w 2009 ponownie w Cincinnati i paryskiej hali Bercy, czy ATP World Tour Finals (z którego obydwaj nie wyszli wtedy z grupy). Te rezultaty były wręcz niczym w porównaniu do tych osiągniętych przez Nadala. Hiszpan odniósł zwycięstwo podczas Roland Garros 2008, tryptyku Monte Carlo-Rzym-Madryt w 2009, Igrzyskach Olimpijskich w Pekinie, czy pierwszym wspólnym finale wielkoszlemowym - US Open. Nikt nie podejrzewał, że następne pojedynki przyniosą odmienne scenariusze. W 2011 Serb gra jak natchniony - rozgrywa najlepszy sezon w karierze. Obaj spotykają się tylko w finałach i wszystkie do tej pory (Indian Wells, Miami, Madryt, Rzym) Novak zapisuje na swoją korzyść.
3 lipca 2011 r.
Kolejnym pojedynkiem był finał Wimbledonu. Wszyscy czekali na niego z niecierpliwością. Trybuny szczelnie wypełnione. Djokovic zaczął pojedynek z wysokiego C. Nie dawał rywalowi żadnych szans i wygrał dwa pierwsze sety. W trzecim Nadal udowodnił swoje umiejętności i wierzył, że powtórzy osiągnięcie Henri Cocheta z 1927, kiedy zdobył puchar przegrywając dwie pierwsze partie (w meczu z Jeanem Borotrą). Marzenia spełzły na niczym i Serb wreszcie cieszył się z wielkoszlemowego tytułu. Nareszcie pokonał Nadala w imprezie tej rangi. Co więcej, dzień później też premierowo został liderem rankingu. Czego chcieć więcej? Sezon spotkań zakończyli podczas decydującego spotkania na Flushing Meadows. Novak podkreślił swoją dominację w ponad czterogodzinnym boju. Jednak było to tylko preludium do tego, co stało się w przyszłym roku.
29 stycznia 2012 r.
Genialne. Niesamowite. Fantastyczne. Cudowne. Tylko tak można określić te widowisko, czyli finał Australian Open, przez wielu uważany (i słusznie) za najlepszy mecz w historii tenisa. Trwał on 5 godzin i 53 minuty (najdłuższy w Wielkim Szlemie), a poprzedni rekord (finał US Open 1988 między Matsem Wilanderem a Ivanem Lendlem) został pobity o 59 minut. Całość stała na ogromnie wysokim poziomie. Ani jeden, ani drugi nie poddawał się do samego końca. Podkreśla to też fakt, że w 5. secie przy stanie 5-4 zafundowali oni przepiękną 32-punktową wymianę nagrodzoną owacją na stojąco. Pierwszy skapitulował Hiszpan. Jak wyniszczający był to pojedynek, widać było podczas ceremonii nagradzania, kiedy zawodnicy musieli usiąść na krzesełkach, ponieważ nie byli w stanie stać na nogach, które łapały skurcze. Jeszcze większy podziw należy się Serbowi, który w półfinale grał z Andy Murrayem przez 4h i 50 min.
Jednak do 8. zwycięstwa Djokovica z rzędu nie doszło. Został z kretesem zatrzymany przez Hiszpana na jego królewskiej nawierzchni, w Monte Carlo, Rzymie i French Open. Rzecz historyczna stałą się rok później, w mieście kasyn i pięknych plaż. Wygrywający osiem imprez z rzędu (najwięcej w historii) Nadal musiał uznać wyższość Serba, który wręcz nie dał rywalowi żadnych szans. Odegrał się on za to podczas Roland Garros, gdzie obaj zafundowali kibicom kolejne genialne widowisko, które zostało okrzyknięte najlepszym meczem wielkoszlemowym w całym sezonie. Wielkiego zdziwienia oczywiście być nie może. Hiszpan, który w lutym powrócił po dłuższej przerwie, rozkręcał się coraz bardziej, a prawdziwy popis dał podczas amerykańskiej serii. Do finału US Open miał 16 wygranych meczów z rzędu.
9 września 2013
Był to ich 37. wspólny pojedynek. Wyrównali tym samym rekord w tej kategorii (w Erze Open) należący do Ivana Lendla i Johna McEnroe. Pierwszy set zapisano na konto Rafaela, który sam mówił, że była to jedna z jego najlepszych partii od dawien dawna. Tej wysokiej formy nie utrzymał w następnej rozgrywce. Mimo tego będący we wspaniałej dyspozycji Nadal nie stracił rezonu i zapisał na swoje konto trzynasty wielkoszlemowych tytuł. Zarobił też niewyobrażalną kwotę 3,6 mln dolarów ze względu na triumf w całym cyklu US Open Series. Bez wątpienia widać, że sierpień i początek września to deklasacja jednego zawodnika - Rafaela Nadala.
Dwa ostanie pojedynki nie przynosiły żadnych większych emocji. Spotkali się w finałach China Open i ATP World Tour Finals. Oba mecze wygrał Novak wynikiem 6:3 6:4. Poza tym rozgrywali też liczne wspólne mecze pokazowe. Odbijali też piłki w nietypowych miejscach, ostatnio na "dryfującym" korcie, w Patagonii, obok lodowca Perito Moreno.
Obecny stan rywalizacji tych dwóch panów to 22-17 na korzyść starszego z nich. Jest jednak jeszcze kilka ciekawostek, które dodatkowo utwierdzają nas w przekonaniu, dlaczego ta rywalizacja jest historyczna. To ich mecze figurują na pierwszym miejscu, jako najdłuższy w Wielkim Szlemie, w Australian Open, trzysetowy pojedynek w Erze Open; grali w prawie wszystkich turniejach ATP Masters 1000 (pozostał Szanghaj); tylko oni po 1968 spotkali się w każdym z finałów wielkoszlemowych i to z rzędu (Wimbledon 2011 - Roland Garros 2012). Patrząc na podsumowanie na poszczególnych nawierzchniach, to na hardzie rządzi Djokovic, na pozostałych Nadal. Jeśli dochodziło już do finału, to odrobinę lepiej presję wytrzymywał Serb (10-9). Takie wyliczenia i podsumowania można robić bez końca. Warto jednak wspomnieć również, jak ta rywalizacja wygląda na tle innych, w całej historii tenisa.
Wśród pań najwięcej pojedynków w historii, bo aż 80 rozegrały ze sobą Chris Evert i Martina Navratilova (lata 1973-1988). Jak już wspomniałem, Hiszpan i Serb pojawiali się wspólnie na korcie najwięcej razy w "czasach nowożytnych" tenisa. Wszystko przebili jednak dwaj inni zawodnicy. W latach 1957-1970 Pancho Gonzalez i Ken Rosewall spotykali się... 182 razy! Daje to 13 pojedynków na sezon. Oczywiście teraz jest to wręcz niewyobrażalne. Wróćmy jednak do teraźniejszości. Nadal jest rok starszy od Djokovica i ma 27 lat. To jest też ważne w kontekście ich przyszłych spotkań, które z całą pewnością nadejdą i będą równie emocjonujące, jak te poprzednie. Pytanie tylko, jak długo to będzie trwało. Zależy to oczywiście od samych zainteresowanych, ale też od ich zdrowia, które ostatnimi czasy, w szczególności u Hiszpana lekko szwankuje. Ciężko przewidywać takie momenty, w szczególności, jeśli sami tenisiści nie wiedzą, ile lat utrzymają się na wysokim poziomie w męskim tourze. Patrząc racjonalnie, ci zawodnicy mogą spotykać się jeszcze przez kolejne 4-5 lat. Chyba wszyscy chcieliby, żeby odbywało się to jak najdłużej, bo bez dwóch zdań, żadna inna rywalizacja nie elektryzuje tak publiczności, jak ta i też bardzo ciężko byłoby znaleźć inną parę tenisistów, która sprostałaby dorównaniu poziomowi Rafaela Nadala i Novak Djokovica, dwóch liderów rankingu.
Na kortach im. Rolanda Garrosa przyszedł czas na męskie ćwierćfinały. Podczas jednego z nich na plac gry wyszli dwaj gracze. Sklasyfikowany wówczas na pozycji wicelidera, Hiszpan Rafael Nadal i dopiero 63. w rankingu Serb Novak Djokovic. Wszystkie oczy były zwrócone oczywiście na tenisistę z Mallorci. I nic dziwnego, bo do pojedynku z tym mało znanym wówczas rywalem miał 57 meczów z rzędu wygranych właśnie na nawierzchni ziemnej. Nic nie było mu w stanie przeszkodzić. I żadnej sensacji nie odnotowano. Serb przy stanie 4:6 4:6 zszedł z kortu z powodu kontuzji pleców i uda. Nadal wygrał cały French Open. Jednak nikt nie pomyślał wtedy, że rywalizacja tych dwóch zawodników może zapisać się na stałe na kartach historii.
Przed tym spotkaniem Djokovic nie miał na koncie żadnych poważnych wyników. Nieśmiało wchodził do pierwszej setki i często odpadał w początkowych fazach imprez. Dopiero te wydarzenie przyniosło poważniejszą zmianę i już miesiąc później wygrał swoją pierwszą imprezę - w holenderskim Amersfoort. Co innego, jeśli mówimy o Nadalu. Jest on tylko rok starszy od Serba, a w tym samym momencie miał już na swoim koncie zapisany triumf właśnie we French Open. Hiszpan miło również wspomina zawody w Sopocie, które wygrał jako w pierwsze w swojej niewątpliwie bogatej karierze. Jak widać, początkowe losy obu tenisistów potoczyły się zgoła inaczej, ale wiemy, że przyniosły bardzo pożądane skutki.
29 marca 2007 r.
To było ich kolejne spotkanie w niespełna dwa tygodnie. Po finale imprezy w Indian Wells, w tym dniu rozegrali ćwierćfinał w Miami. Djokovic nie był już mało znanym graczem. Zawitał do pierwszej dziesiątki i na arenie międzynarodowej pokazywał się z coraz lepszej strony. Na tyle dobrej, że zaskoczył kibiców, bukmacherów (kurs na niego wynosił 4,46$) i nawet sam siebie. Wygrał 6:3 6:4 i jak powiedział po pomeczowym wywiadzie, odniósł największe i najważniejsze zwycięstwo w karierze nad najlepszym jak do tej pory zawodnikiem. To nie było też jego ostatnie słowo. W półfinale zdemolował Andy'ego Murraya, aby w finale ograć Guillermo Canasa. Jak się w przyszłości okazało, był to jeden z jego ulubionych turniejów. Triumfował tu jeszcze w 2011 i 2012 roku.
Przez następne lata rywalizacja była bardziej wyrównana, ale same wyniki nie przynosiły żadnych dużych niespodzianek. Na czerwonej mączce Nadal był nietykalny, Djokovic próbował swoich sił na innych nawierzchniach, wygrywał m.in. w 2008 w Cincinnati, w 2009 ponownie w Cincinnati i paryskiej hali Bercy, czy ATP World Tour Finals (z którego obydwaj nie wyszli wtedy z grupy). Te rezultaty były wręcz niczym w porównaniu do tych osiągniętych przez Nadala. Hiszpan odniósł zwycięstwo podczas Roland Garros 2008, tryptyku Monte Carlo-Rzym-Madryt w 2009, Igrzyskach Olimpijskich w Pekinie, czy pierwszym wspólnym finale wielkoszlemowym - US Open. Nikt nie podejrzewał, że następne pojedynki przyniosą odmienne scenariusze. W 2011 Serb gra jak natchniony - rozgrywa najlepszy sezon w karierze. Obaj spotykają się tylko w finałach i wszystkie do tej pory (Indian Wells, Miami, Madryt, Rzym) Novak zapisuje na swoją korzyść.
3 lipca 2011 r.
Kolejnym pojedynkiem był finał Wimbledonu. Wszyscy czekali na niego z niecierpliwością. Trybuny szczelnie wypełnione. Djokovic zaczął pojedynek z wysokiego C. Nie dawał rywalowi żadnych szans i wygrał dwa pierwsze sety. W trzecim Nadal udowodnił swoje umiejętności i wierzył, że powtórzy osiągnięcie Henri Cocheta z 1927, kiedy zdobył puchar przegrywając dwie pierwsze partie (w meczu z Jeanem Borotrą). Marzenia spełzły na niczym i Serb wreszcie cieszył się z wielkoszlemowego tytułu. Nareszcie pokonał Nadala w imprezie tej rangi. Co więcej, dzień później też premierowo został liderem rankingu. Czego chcieć więcej? Sezon spotkań zakończyli podczas decydującego spotkania na Flushing Meadows. Novak podkreślił swoją dominację w ponad czterogodzinnym boju. Jednak było to tylko preludium do tego, co stało się w przyszłym roku.
29 stycznia 2012 r.
Genialne. Niesamowite. Fantastyczne. Cudowne. Tylko tak można określić te widowisko, czyli finał Australian Open, przez wielu uważany (i słusznie) za najlepszy mecz w historii tenisa. Trwał on 5 godzin i 53 minuty (najdłuższy w Wielkim Szlemie), a poprzedni rekord (finał US Open 1988 między Matsem Wilanderem a Ivanem Lendlem) został pobity o 59 minut. Całość stała na ogromnie wysokim poziomie. Ani jeden, ani drugi nie poddawał się do samego końca. Podkreśla to też fakt, że w 5. secie przy stanie 5-4 zafundowali oni przepiękną 32-punktową wymianę nagrodzoną owacją na stojąco. Pierwszy skapitulował Hiszpan. Jak wyniszczający był to pojedynek, widać było podczas ceremonii nagradzania, kiedy zawodnicy musieli usiąść na krzesełkach, ponieważ nie byli w stanie stać na nogach, które łapały skurcze. Jeszcze większy podziw należy się Serbowi, który w półfinale grał z Andy Murrayem przez 4h i 50 min.
Jednak do 8. zwycięstwa Djokovica z rzędu nie doszło. Został z kretesem zatrzymany przez Hiszpana na jego królewskiej nawierzchni, w Monte Carlo, Rzymie i French Open. Rzecz historyczna stałą się rok później, w mieście kasyn i pięknych plaż. Wygrywający osiem imprez z rzędu (najwięcej w historii) Nadal musiał uznać wyższość Serba, który wręcz nie dał rywalowi żadnych szans. Odegrał się on za to podczas Roland Garros, gdzie obaj zafundowali kibicom kolejne genialne widowisko, które zostało okrzyknięte najlepszym meczem wielkoszlemowym w całym sezonie. Wielkiego zdziwienia oczywiście być nie może. Hiszpan, który w lutym powrócił po dłuższej przerwie, rozkręcał się coraz bardziej, a prawdziwy popis dał podczas amerykańskiej serii. Do finału US Open miał 16 wygranych meczów z rzędu.
9 września 2013
Był to ich 37. wspólny pojedynek. Wyrównali tym samym rekord w tej kategorii (w Erze Open) należący do Ivana Lendla i Johna McEnroe. Pierwszy set zapisano na konto Rafaela, który sam mówił, że była to jedna z jego najlepszych partii od dawien dawna. Tej wysokiej formy nie utrzymał w następnej rozgrywce. Mimo tego będący we wspaniałej dyspozycji Nadal nie stracił rezonu i zapisał na swoje konto trzynasty wielkoszlemowych tytuł. Zarobił też niewyobrażalną kwotę 3,6 mln dolarów ze względu na triumf w całym cyklu US Open Series. Bez wątpienia widać, że sierpień i początek września to deklasacja jednego zawodnika - Rafaela Nadala.
Dwa ostanie pojedynki nie przynosiły żadnych większych emocji. Spotkali się w finałach China Open i ATP World Tour Finals. Oba mecze wygrał Novak wynikiem 6:3 6:4. Poza tym rozgrywali też liczne wspólne mecze pokazowe. Odbijali też piłki w nietypowych miejscach, ostatnio na "dryfującym" korcie, w Patagonii, obok lodowca Perito Moreno.
Obecny stan rywalizacji tych dwóch panów to 22-17 na korzyść starszego z nich. Jest jednak jeszcze kilka ciekawostek, które dodatkowo utwierdzają nas w przekonaniu, dlaczego ta rywalizacja jest historyczna. To ich mecze figurują na pierwszym miejscu, jako najdłuższy w Wielkim Szlemie, w Australian Open, trzysetowy pojedynek w Erze Open; grali w prawie wszystkich turniejach ATP Masters 1000 (pozostał Szanghaj); tylko oni po 1968 spotkali się w każdym z finałów wielkoszlemowych i to z rzędu (Wimbledon 2011 - Roland Garros 2012). Patrząc na podsumowanie na poszczególnych nawierzchniach, to na hardzie rządzi Djokovic, na pozostałych Nadal. Jeśli dochodziło już do finału, to odrobinę lepiej presję wytrzymywał Serb (10-9). Takie wyliczenia i podsumowania można robić bez końca. Warto jednak wspomnieć również, jak ta rywalizacja wygląda na tle innych, w całej historii tenisa.
Wśród pań najwięcej pojedynków w historii, bo aż 80 rozegrały ze sobą Chris Evert i Martina Navratilova (lata 1973-1988). Jak już wspomniałem, Hiszpan i Serb pojawiali się wspólnie na korcie najwięcej razy w "czasach nowożytnych" tenisa. Wszystko przebili jednak dwaj inni zawodnicy. W latach 1957-1970 Pancho Gonzalez i Ken Rosewall spotykali się... 182 razy! Daje to 13 pojedynków na sezon. Oczywiście teraz jest to wręcz niewyobrażalne. Wróćmy jednak do teraźniejszości. Nadal jest rok starszy od Djokovica i ma 27 lat. To jest też ważne w kontekście ich przyszłych spotkań, które z całą pewnością nadejdą i będą równie emocjonujące, jak te poprzednie. Pytanie tylko, jak długo to będzie trwało. Zależy to oczywiście od samych zainteresowanych, ale też od ich zdrowia, które ostatnimi czasy, w szczególności u Hiszpana lekko szwankuje. Ciężko przewidywać takie momenty, w szczególności, jeśli sami tenisiści nie wiedzą, ile lat utrzymają się na wysokim poziomie w męskim tourze. Patrząc racjonalnie, ci zawodnicy mogą spotykać się jeszcze przez kolejne 4-5 lat. Chyba wszyscy chcieliby, żeby odbywało się to jak najdłużej, bo bez dwóch zdań, żadna inna rywalizacja nie elektryzuje tak publiczności, jak ta i też bardzo ciężko byłoby znaleźć inną parę tenisistów, która sprostałaby dorównaniu poziomowi Rafaela Nadala i Novak Djokovica, dwóch liderów rankingu.
poniedziałek, 25 listopada 2013
Prekursorka.
Po kolejnej turniejowej wygranej Sereny Williams, tym razem podczas Mutua Madrid Open, w stolicy Hiszpanii przyszedł czas na dekorację. Niby nic szczególnego, ale w pewnym momencie wszystko wokół przyćmił jeden osobnik. Był to jej najukochańszy Chip, pies rasy Yorkshire terrier. Skradł on serce Amerykanki na tyle, że zaczęła go zabierać ze sobą na turnieje, a podczas treningów biega u jej boku. Poza tym Serena posiada również dwa inne psy: Jackie (Jack Russell terrier, która jest u jej boku od czasów liceum) i Lorelei (Maltańczyk). Oprócz Williams tym zwierzętom nie mogły się oprzeć takie gwiazdy, jak siostra Venus, Novak Djokovic (pudel, Pierre), Maria Sharapova, czy Andy Roddick (i jego buldog... Billie Jean - tak, na cześć tej B. J. King).
Gdy w tym momencie przytoczę nazwisko Bethanie Mattek-Sands, to większość pomyśli, że pojawiło się ono ni z gruszki, ni z pietruszki. Może jednak znajdą się tacy, którym coś zaświta w głowie. I tu mają rację ci drudzy. Ani Serena nie była pierwszą, która tak mocno akcentuje przywiązanie do zwierząt, ani ona i Bethanie Mattek-Sands nie były tymi, które zapoczątkowały modę na szokujące stroje. Te dwie "pasje" połączyła jedna z największych (jak byśmy obecnie powiedzieli) skandalistek w tenisie - i to ponad 40 lat temu. Była to Francoise Durr.
Na świat przyszła w pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia w Algierii. Tak jak widać w imieniu, jest ona bardzo związana z Francją, której barwy oczywiście reprezentowała podczas gry. Bez dwóch zdań można powiedzieć, że lubiła szokować, czego nigdy nie ukrywała. To właśnie Francoise była pierwszą zawodniczką, która na turnieje podróżowała ze swoim psem Topspinem (rasy Airedale terrier), który nawet wnosił swojej pani rakietę na kort, a zdjęcie ukazujące tę sytuację są sprzedawane na różnych stronach internetowych po dziś dzień.
Jeszcze "ciekawiej" robiło się, gdy Durr prezentowała swoje stroje podczas meczów. Francuzka była też pierwszą tenisistką, która nosiła sukienki z odkrytymi plecami. Żeby jeszcze dodać pikanterii, to najczęściej taki ubiór prezentowała w świątyni tenisa, na Wimbledonie, gdzie, jak wiemy, panują bardzo restrykcyjne zasady właśnie jeśli chodzi o tę kwestię. Z tego powodu spotykały ją czasami niezbyt miłe sytuacje. W 1978 podczas Wielkiego Szlema właśnie w Londynie podczas meczu trzeciej rundy z Betty Stove, Francoise została nawet poproszona o zmianę sukienki, gdyż była ona zbyt wulgarna i kolorowa. Nie pomogło jej to, a spotkanie przegrała gładko 3:6 2:6. Oprócz tej części garderoby jej znakiem rozpoznawczym były też różne dziwne akcesoria, a w szczególności skarpetki, które sięgały nawet kolan. Obecne tenisistki mogą się od niej tylko uczyć.
Francuzka nie lubiła też chować języka za zębami. Była znana z tego, że używała niecenzuralnych słów w języku kraju, w jakim grała. Często się też przekomarzała, nie zgadzała się z decyzjami sędziów głównych i liniowych, a nawet raz, podczas spornego punktu ignorując wszystko usiadła na ławce. Taki późniejszy John McEnroe, prawda? Jej ogólna taktyka gry też nie była bardzo typowa. W swoim repertuarze miała niekonwencjonalne uderzenia i technikę poruszania się po korcie. Co ciekawe, przynosiło to Francuzce duże korzyści. Mimo tych niektórych wad Durr była znakomitym taktykiem, świetnie była przygotowana pod względem psychicznym, jak i fizycznym, zaskakiwała zagraniami, w szczególności bekhendem i lobem, który eksperci uważali, że ustępował tylko temu wykonywanemu przez Chris Evert.
Może to też było przyczyną, że właśnie z tą Amerykanką Francoise nigdy nie wygrała meczu, była to dla niej swego rodzaju klątwa. Co innego, jeśli spotykała się z innymi dobrymi zawodniczkami, takimi jak King, Goolagond, Smith Court, Wade. Co ciekawe, w wieku 34 lat pokonała nawet Martinę Navratilovą i to bardzo gładko - 6:1 6:1, podczas turnieju w Palm Springs. W tym samym roku (1976) wygrała jedyny w swojej karierze Wimbledon, w mikście, w parze z Australijczykiem Tony Roche. W singlu w całej historii występów wygrała 26 tytułów, w tym raz Wielki Szlem. Był to rok 1967, czyli sezon przed rozpoczęciem Ery Open. Durr wygrała wówczas Mistrzostwo Francji, w finale pokonując w trzech setach Lesley Turner. (Kolejną Francuzką, która później wygrała u siebie była Mary Pierce, na sam koniec XX wieku). W grze pojedynczej przez ponad 10 lat utrzymywał się w czołowej dziesiątce, a jej najlepszym miejscem było 3. w 1967 roku.
Jej największym konikiem była jednak gra deblowa. W tej kategorii wygrała 60. imprez (w tym 11 Wielkich Szlemów). Co ciekawe, pięć tytułów najwyższej rangi we Francji zdobyła z trzema różnymi partnerkami. Jednak największą sławę osiągnęła z Holenderką Betty Stove. Była to jedna z najlepszych ówczesnych par, która zajmowała pozycję lidera rankingu. Francuzka była też w gronie 20. najbardziej wyróżniających się tenisistek w latach 1965-1985 nominowanych przez Tennis Magazine. Swojego rezonu Durr nie traciła też po zakończeniu kariery.
Największym ewenementem było to, że swoje jedyne dziecko urodziła w wieku 46 lat. W tym samym roku (1988) otrzymała też honorowe członkostwo WTA. Była też kapitanem Fed Cup, w latach 1983, 93-96, gdzie najdalej reprezentacja zaszła do półfinału. Zajęcie przez nią posady dyrektora ds. kobiecego tenisa we Francuskiej Federacji Tenisowej w 1993 przyniosło lekkie odrodzenie. Zrezygnowała z tego urzędu w 2002. Rok później została włączona do Międzynarodowej Tenisowej Galerii Sław, wspólnie z Borisem Beckerem, Nancy Richey (z którą miała okazję rywalizować) i Brianem Tobin, Australijczykiem, który w latach 1991-1999 był prezydentem Międzynarodowej Federacji Tenisowej i bardzo mocno przyczynił się do popularyzacji tenisa na świecie.
Jak widać po przytoczeniu sylwetki Francoise Durr, nawet kilkadziesiąt lat temu można szokować. Co więcej, było to w pewnym sensie bardziej odczuwalne, gdyż tenis wówczas uważany za nieskazitelny został trochę "ubarwiony" przez tę zawodniczkę. Gorzej jest się przebić takim osobom w dzisiejszych czasach, które są o wiele bardziej otwarte na tenisistów tego typu. Mimo tych wszystkich dywagacji, jedno jest pewne, mamy tu do czynienia z jedną z ciekawszych prekursorek w żeńskim tenisie.
Gdy w tym momencie przytoczę nazwisko Bethanie Mattek-Sands, to większość pomyśli, że pojawiło się ono ni z gruszki, ni z pietruszki. Może jednak znajdą się tacy, którym coś zaświta w głowie. I tu mają rację ci drudzy. Ani Serena nie była pierwszą, która tak mocno akcentuje przywiązanie do zwierząt, ani ona i Bethanie Mattek-Sands nie były tymi, które zapoczątkowały modę na szokujące stroje. Te dwie "pasje" połączyła jedna z największych (jak byśmy obecnie powiedzieli) skandalistek w tenisie - i to ponad 40 lat temu. Była to Francoise Durr.
Na świat przyszła w pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia w Algierii. Tak jak widać w imieniu, jest ona bardzo związana z Francją, której barwy oczywiście reprezentowała podczas gry. Bez dwóch zdań można powiedzieć, że lubiła szokować, czego nigdy nie ukrywała. To właśnie Francoise była pierwszą zawodniczką, która na turnieje podróżowała ze swoim psem Topspinem (rasy Airedale terrier), który nawet wnosił swojej pani rakietę na kort, a zdjęcie ukazujące tę sytuację są sprzedawane na różnych stronach internetowych po dziś dzień.
Jeszcze "ciekawiej" robiło się, gdy Durr prezentowała swoje stroje podczas meczów. Francuzka była też pierwszą tenisistką, która nosiła sukienki z odkrytymi plecami. Żeby jeszcze dodać pikanterii, to najczęściej taki ubiór prezentowała w świątyni tenisa, na Wimbledonie, gdzie, jak wiemy, panują bardzo restrykcyjne zasady właśnie jeśli chodzi o tę kwestię. Z tego powodu spotykały ją czasami niezbyt miłe sytuacje. W 1978 podczas Wielkiego Szlema właśnie w Londynie podczas meczu trzeciej rundy z Betty Stove, Francoise została nawet poproszona o zmianę sukienki, gdyż była ona zbyt wulgarna i kolorowa. Nie pomogło jej to, a spotkanie przegrała gładko 3:6 2:6. Oprócz tej części garderoby jej znakiem rozpoznawczym były też różne dziwne akcesoria, a w szczególności skarpetki, które sięgały nawet kolan. Obecne tenisistki mogą się od niej tylko uczyć.
Francuzka nie lubiła też chować języka za zębami. Była znana z tego, że używała niecenzuralnych słów w języku kraju, w jakim grała. Często się też przekomarzała, nie zgadzała się z decyzjami sędziów głównych i liniowych, a nawet raz, podczas spornego punktu ignorując wszystko usiadła na ławce. Taki późniejszy John McEnroe, prawda? Jej ogólna taktyka gry też nie była bardzo typowa. W swoim repertuarze miała niekonwencjonalne uderzenia i technikę poruszania się po korcie. Co ciekawe, przynosiło to Francuzce duże korzyści. Mimo tych niektórych wad Durr była znakomitym taktykiem, świetnie była przygotowana pod względem psychicznym, jak i fizycznym, zaskakiwała zagraniami, w szczególności bekhendem i lobem, który eksperci uważali, że ustępował tylko temu wykonywanemu przez Chris Evert.
Może to też było przyczyną, że właśnie z tą Amerykanką Francoise nigdy nie wygrała meczu, była to dla niej swego rodzaju klątwa. Co innego, jeśli spotykała się z innymi dobrymi zawodniczkami, takimi jak King, Goolagond, Smith Court, Wade. Co ciekawe, w wieku 34 lat pokonała nawet Martinę Navratilovą i to bardzo gładko - 6:1 6:1, podczas turnieju w Palm Springs. W tym samym roku (1976) wygrała jedyny w swojej karierze Wimbledon, w mikście, w parze z Australijczykiem Tony Roche. W singlu w całej historii występów wygrała 26 tytułów, w tym raz Wielki Szlem. Był to rok 1967, czyli sezon przed rozpoczęciem Ery Open. Durr wygrała wówczas Mistrzostwo Francji, w finale pokonując w trzech setach Lesley Turner. (Kolejną Francuzką, która później wygrała u siebie była Mary Pierce, na sam koniec XX wieku). W grze pojedynczej przez ponad 10 lat utrzymywał się w czołowej dziesiątce, a jej najlepszym miejscem było 3. w 1967 roku.
Jej największym konikiem była jednak gra deblowa. W tej kategorii wygrała 60. imprez (w tym 11 Wielkich Szlemów). Co ciekawe, pięć tytułów najwyższej rangi we Francji zdobyła z trzema różnymi partnerkami. Jednak największą sławę osiągnęła z Holenderką Betty Stove. Była to jedna z najlepszych ówczesnych par, która zajmowała pozycję lidera rankingu. Francuzka była też w gronie 20. najbardziej wyróżniających się tenisistek w latach 1965-1985 nominowanych przez Tennis Magazine. Swojego rezonu Durr nie traciła też po zakończeniu kariery.
Największym ewenementem było to, że swoje jedyne dziecko urodziła w wieku 46 lat. W tym samym roku (1988) otrzymała też honorowe członkostwo WTA. Była też kapitanem Fed Cup, w latach 1983, 93-96, gdzie najdalej reprezentacja zaszła do półfinału. Zajęcie przez nią posady dyrektora ds. kobiecego tenisa we Francuskiej Federacji Tenisowej w 1993 przyniosło lekkie odrodzenie. Zrezygnowała z tego urzędu w 2002. Rok później została włączona do Międzynarodowej Tenisowej Galerii Sław, wspólnie z Borisem Beckerem, Nancy Richey (z którą miała okazję rywalizować) i Brianem Tobin, Australijczykiem, który w latach 1991-1999 był prezydentem Międzynarodowej Federacji Tenisowej i bardzo mocno przyczynił się do popularyzacji tenisa na świecie.
Jak widać po przytoczeniu sylwetki Francoise Durr, nawet kilkadziesiąt lat temu można szokować. Co więcej, było to w pewnym sensie bardziej odczuwalne, gdyż tenis wówczas uważany za nieskazitelny został trochę "ubarwiony" przez tę zawodniczkę. Gorzej jest się przebić takim osobom w dzisiejszych czasach, które są o wiele bardziej otwarte na tenisistów tego typu. Mimo tych wszystkich dywagacji, jedno jest pewne, mamy tu do czynienia z jedną z ciekawszych prekursorek w żeńskim tenisie.
środa, 20 listopada 2013
Wasza wysokość.
Od kilku lat w światowej czołówce coraz częściej dochodzą do głosu tenisiści, którzy na kortach dominują swoim wzrostem. Zmiana ta trwa już dłuższy okres, co potwierdzają niektóre wyliczenia. Dokładnie 10 lat temu średnia wysokość graczy z czołowej dziesiątki wynosiła 183,2 cm, a nad innymi wywyższał się Marh Phillipoussis (196 cm), pięć lat później nastąpił ogromny skok - do średniej 186,8 cm. Obecnie ten rekord został wyśrubowany do 187,3 cm, a w najlepszej trzydziestce średnia wynosi 188,1 cm. Do tego jeszcze dużo zawodników "gigantów", czyli tych ponad dwumetrowych. Zaliczają się do nich m.in. John Isner (208 cm), Kevin Anderson i Jerzy Janowicz (203 cm) oraz rekordzista - Chorwat Ivo Karlovic - 211 cm. Obecnie w czołowej 30. tylko trzech graczy "imponuje" wzrostem poniżej 180 cm, a wśród nich jest 3. na liście, Hiszpan David Ferrer.
Jednym z pierwszych, których w tamtych latach imponował wzrostem był Boris Becker. Jego 1,90 m dało mu kilka spektakularnych triumfów, ale też tych mniej udanych występów. Oprócz niego na arenie pojawiali się np. Goran Ivanisevic, Richard Krajicek, czy Greg Rusedski. Żaden z nich nie przekroczył tej "magicznej" granicy dwóch metrów. Jednakże wszyscy zadziwiali niespodziewanymi triumfami, nawet w imprezach Wielkiego Szlema. Ich gra opierała się przede wszystkim na atomowym serwisie i częstych wyprawach do siatki. Minusem była bardzo słaba zwinność i mała umiejętność rozgrywania dobrych wymian z głębi kortu. Jak można teraz zauważyć, niektóre z tych elementów zostały we krwi po dziś dzień.
Obecnie po tych dryblasach widać, że nie czerpią oni większej przyjemności z grania stojąc w okolicach pola serwisowego. Ich domeną są najczęściej ostre wymiany z końcowej linii. Chociaż i takie mogą sprawiać problem, gdy potrwają kilkanaście odbić. Co ciekawe, tacy gracze dodają swoje trzy grosze nawet na wolnej nawierzchnie, co było nie do pomyślenia jeszcze kilkanaście lat temu (chyba, że nazywało się Gustavo Kuerten). Pora jednak przejść do analizy wyników poszczególnych graczy i zobaczyć, jak oni się spisują.
W 2009 roku mający świetny sezon Argentyńczyk Juan Martin del Potro rozkochał w sobie nowojorskich kibiców. Wygrał on wówczas US Open, w finale pokonując Rogera Federera, a w półfinale Rafaela Nadala, oddając mu zaledwie sześć gemów. W ostatnich turniejach ten zawodnik pokazywał się z równie świetnej formy, w szczególności podczas ATP World Tour Finals. Aż strach się bać, co będzie w następnym sezonie.
Rok po osiągnięciu Argentyńczyka swoją życiową formę prezentował Tomas Berdych. Czech dotarł do finału wimbledońskiego po drodze ogrywając m.in. Federera i Novaka Djokovica. Niestety, w decydującym pojedynku przegrał on zarówno z rywalem (R. Nadalem), ale też ze swoją psychiką. Dwa sezony później dotarł do półfinału US Open, gdzie ograł go Murray (ale też potworny wiatr, który wywalał krzesełka).
Objawieniem kilku ostatnich lat jest też (obecnie najlepszy w swoim kraju) John Isner. Mimo że Amerykanin nie odnosił jakichś spektakularnych triumfów turniejowych, to dał o sobie znać w kilku meczach z najlepszymi rywalami. Pierwszy raz było to przed dwoma laty, podczas Roland Garros, kiedy w 1r. doprowadził do pięciosetowego boju z samym Rafaelem Nadelem. W kolejnym sezonie podczas turnieju w Indian Wells rozegrał kolejny dramatyczny, wygrany pojedynek, tym razem z Novakiem Djokovicem.
Powody do zadowolenia mamy też my. Mowa tu oczywiście o Jerzym Janowiczu, dla którego swego rodzaju odskocznią do czołówki była ubiegłoroczna impreza w hali Bercy. Pamiętamy jego drogę do finału, gdzie ogrywał Cilica, Tipsarevica, czy Murraya.
Jak już trochę wcześniej wspominałem, największym atutem zawodników o takim wzroście jest oczywiście serwis. A to jest jeden z najważniejszych elementów tenisa, bo bez dobrego podania ciężko jest zawojować męskie rozgrywki. I może po części to jest rozwiązanie zagadki odnośnie tak dobrych występów tych wysokich graczy. To oni królują w szybkości serwisów, jak i ilości asów. Ale dlaczego tak się w ogóle dzieje? Odpowiedź jest prosta. Aby zagrać szybkie podanie i takie, które ma się zmieścić w korcie potrzebne jest trafienie w piłkę, gdy jest ona na jak największym pułapie. A to siłą rzeczy faworyzuje graczy pokroju Isner, czy del Potro. Wspomniany Amerykanin jest też rekordzistą w ilości asów - 113 (podczas tego niesamowitego meczu z N. Mahut w Wimbledonie). Na kolana powala też szybkość. Obecnym rekordzistą jest Samuel Groth, który podczas challengera w Busan, w meczu z Uladzimirem Ignatikiem posłał piłkę z niewyobrażalną prędkością 263 km/h. Drugi jest Albano Olivetti (258 km/h), a trzeci Ivo Karlovic (251 km/h). Co ciekawe, taką samą prędkość jak Chorwat uzyskał też Janowicz, podczas ubiegłorocznego challengera w Szczecinie, ale władze ATP nie uznały tego rekordu, ponieważ na korcie nie było wystarczająco dużo radarów mogących zmierzyć prędkość. Dla podkreślenia, jak ważny jest w tej sytuacji wzrost, należy dodać, że średnio w czołowej dziesiątce tego "rankingu" wynosi on 195 cm.
Mimo tych ogólnych pochwał, moje subiektywne odczucia nie są już aż tak pozytywne. Czasami bardzo ciężko ogląda mi się mecze z takimi tenisistami. Według mnie ciężko, poza serwisem, zauważyć jest zagrania bardzo dobre technicznie, a jedyne, co można dostrzec w ich grze to szukanie końcowych linii, które w większość kończy się wyrzuceniem piłki na aut. Kompletnie mnie odrzuca też sposób poruszania się na korcie, zwinności, co czasami wygląda, jakbyśmy wyrzucili krowę na lód. A i kondycji też nie należy im pozazdrościć. Zupełnym odmieńcem jest jednak Gael Monfils. Francuz, który ma 193 cm wzrostu na placu gry nie daje tego po sobie poznać. Dokonuje on tam rzeczy niemożliwych, poruszą się z niezwykłą szybkością i lekkością. Szkoda tylko, że jego kolana tego nie wytrzymują. I właśnie kontuzje, czy częste, chroniczne bóle różnych części ciała powodują, że wysocy tenisiści kończą swoje przygody z tenisem wcześniej niż inni.
Jedno jest pewne, jeśli gdzieś na horyzoncie pojawią się gracze tak wysocy, z takimi umiejętnościami jak Francuz, czy chociażby inni niżsi zawodnicy i ryzyko kontuzji będzie u nich niewielkie, to mogą być to tenisiści nie do zatrzymania i nie do pokonania. Ale czy na pewno tak się stanie? O tym się jeszcze przekonamy.
Facebook - Felietony Tenisowe
Jednym z pierwszych, których w tamtych latach imponował wzrostem był Boris Becker. Jego 1,90 m dało mu kilka spektakularnych triumfów, ale też tych mniej udanych występów. Oprócz niego na arenie pojawiali się np. Goran Ivanisevic, Richard Krajicek, czy Greg Rusedski. Żaden z nich nie przekroczył tej "magicznej" granicy dwóch metrów. Jednakże wszyscy zadziwiali niespodziewanymi triumfami, nawet w imprezach Wielkiego Szlema. Ich gra opierała się przede wszystkim na atomowym serwisie i częstych wyprawach do siatki. Minusem była bardzo słaba zwinność i mała umiejętność rozgrywania dobrych wymian z głębi kortu. Jak można teraz zauważyć, niektóre z tych elementów zostały we krwi po dziś dzień.
Obecnie po tych dryblasach widać, że nie czerpią oni większej przyjemności z grania stojąc w okolicach pola serwisowego. Ich domeną są najczęściej ostre wymiany z końcowej linii. Chociaż i takie mogą sprawiać problem, gdy potrwają kilkanaście odbić. Co ciekawe, tacy gracze dodają swoje trzy grosze nawet na wolnej nawierzchnie, co było nie do pomyślenia jeszcze kilkanaście lat temu (chyba, że nazywało się Gustavo Kuerten). Pora jednak przejść do analizy wyników poszczególnych graczy i zobaczyć, jak oni się spisują.
W 2009 roku mający świetny sezon Argentyńczyk Juan Martin del Potro rozkochał w sobie nowojorskich kibiców. Wygrał on wówczas US Open, w finale pokonując Rogera Federera, a w półfinale Rafaela Nadala, oddając mu zaledwie sześć gemów. W ostatnich turniejach ten zawodnik pokazywał się z równie świetnej formy, w szczególności podczas ATP World Tour Finals. Aż strach się bać, co będzie w następnym sezonie.
Rok po osiągnięciu Argentyńczyka swoją życiową formę prezentował Tomas Berdych. Czech dotarł do finału wimbledońskiego po drodze ogrywając m.in. Federera i Novaka Djokovica. Niestety, w decydującym pojedynku przegrał on zarówno z rywalem (R. Nadalem), ale też ze swoją psychiką. Dwa sezony później dotarł do półfinału US Open, gdzie ograł go Murray (ale też potworny wiatr, który wywalał krzesełka).
Objawieniem kilku ostatnich lat jest też (obecnie najlepszy w swoim kraju) John Isner. Mimo że Amerykanin nie odnosił jakichś spektakularnych triumfów turniejowych, to dał o sobie znać w kilku meczach z najlepszymi rywalami. Pierwszy raz było to przed dwoma laty, podczas Roland Garros, kiedy w 1r. doprowadził do pięciosetowego boju z samym Rafaelem Nadelem. W kolejnym sezonie podczas turnieju w Indian Wells rozegrał kolejny dramatyczny, wygrany pojedynek, tym razem z Novakiem Djokovicem.
Powody do zadowolenia mamy też my. Mowa tu oczywiście o Jerzym Janowiczu, dla którego swego rodzaju odskocznią do czołówki była ubiegłoroczna impreza w hali Bercy. Pamiętamy jego drogę do finału, gdzie ogrywał Cilica, Tipsarevica, czy Murraya.
Jak już trochę wcześniej wspominałem, największym atutem zawodników o takim wzroście jest oczywiście serwis. A to jest jeden z najważniejszych elementów tenisa, bo bez dobrego podania ciężko jest zawojować męskie rozgrywki. I może po części to jest rozwiązanie zagadki odnośnie tak dobrych występów tych wysokich graczy. To oni królują w szybkości serwisów, jak i ilości asów. Ale dlaczego tak się w ogóle dzieje? Odpowiedź jest prosta. Aby zagrać szybkie podanie i takie, które ma się zmieścić w korcie potrzebne jest trafienie w piłkę, gdy jest ona na jak największym pułapie. A to siłą rzeczy faworyzuje graczy pokroju Isner, czy del Potro. Wspomniany Amerykanin jest też rekordzistą w ilości asów - 113 (podczas tego niesamowitego meczu z N. Mahut w Wimbledonie). Na kolana powala też szybkość. Obecnym rekordzistą jest Samuel Groth, który podczas challengera w Busan, w meczu z Uladzimirem Ignatikiem posłał piłkę z niewyobrażalną prędkością 263 km/h. Drugi jest Albano Olivetti (258 km/h), a trzeci Ivo Karlovic (251 km/h). Co ciekawe, taką samą prędkość jak Chorwat uzyskał też Janowicz, podczas ubiegłorocznego challengera w Szczecinie, ale władze ATP nie uznały tego rekordu, ponieważ na korcie nie było wystarczająco dużo radarów mogących zmierzyć prędkość. Dla podkreślenia, jak ważny jest w tej sytuacji wzrost, należy dodać, że średnio w czołowej dziesiątce tego "rankingu" wynosi on 195 cm.
Mimo tych ogólnych pochwał, moje subiektywne odczucia nie są już aż tak pozytywne. Czasami bardzo ciężko ogląda mi się mecze z takimi tenisistami. Według mnie ciężko, poza serwisem, zauważyć jest zagrania bardzo dobre technicznie, a jedyne, co można dostrzec w ich grze to szukanie końcowych linii, które w większość kończy się wyrzuceniem piłki na aut. Kompletnie mnie odrzuca też sposób poruszania się na korcie, zwinności, co czasami wygląda, jakbyśmy wyrzucili krowę na lód. A i kondycji też nie należy im pozazdrościć. Zupełnym odmieńcem jest jednak Gael Monfils. Francuz, który ma 193 cm wzrostu na placu gry nie daje tego po sobie poznać. Dokonuje on tam rzeczy niemożliwych, poruszą się z niezwykłą szybkością i lekkością. Szkoda tylko, że jego kolana tego nie wytrzymują. I właśnie kontuzje, czy częste, chroniczne bóle różnych części ciała powodują, że wysocy tenisiści kończą swoje przygody z tenisem wcześniej niż inni.
Jedno jest pewne, jeśli gdzieś na horyzoncie pojawią się gracze tak wysocy, z takimi umiejętnościami jak Francuz, czy chociażby inni niżsi zawodnicy i ryzyko kontuzji będzie u nich niewielkie, to mogą być to tenisiści nie do zatrzymania i nie do pokonania. Ale czy na pewno tak się stanie? O tym się jeszcze przekonamy.
Facebook - Felietony Tenisowe
poniedziałek, 11 listopada 2013
Podsumowanie sezonu ATP.
Fantastyczne emocje zafundowali nam na sam koniec sezonu tenisiści podczas ATP World Tour Finals. Nagrody za triumf zgarnęli Novak Djokovic i David Marrero/Fernando Verdasco, którzy w finałach pokonali odpowiednio Rafaela Nadala i braci Bryan (Bob i Mike) .
Już po raz piąty te zawody odbywają się w londyńskiej hali O2 Arena, która podczas meczów tenisowych może pomieścić 17,5 tys. widzów. I było to genialne posunięcie, bo widać, że kibice są mocno zaangażowani, a i miejsca są zapełnione do granic możliwości. Królem tej imprezy jest Roger Federer, który na 5 dotychczasowych imprez tutaj był trzy razy w finałach i dwa z nich wygrał. W tym roku na uwagę zasługuje jego świetny pojedynek z Juanem Martinem del Potro, który wygrał 4:6 7:6 7:5 i pokazał, że nie powiedział jeszcze ostatniego słowa i nie należy go skreślać. Do Wielkiej Brytanii zawitamy jeszcze przez dwa następne sezony, a w 2016 cała śmietanka tenisa przeniesie się w inny zakątek Europy lub świata i spróbuje dorównać swoim poprzednikom.
Czas na kilka kategorii:
1. Zawodnik roku: Rafael Nadal
Nawet ludzie, którzy zbytnio nie przepadają za Hiszpanem zgodnie przyznają, że to był popis gry tego zawodnika. Powrócił on po kontuzji, w lutym, w chilijskim Vina del Mar, gdzie w finale przegrał z Horacio Zeballosem. Na 16 turniejowych występów raz odpadł w pierwszej rundzie (w Wimbledonie), dwa razy nie przebrnął bariery półfinału (Paryż i Szanghaj), w pozostałych imprezach grał w finałach (wygrał Sao Paulo, Acapulco, Indian Wells, Barcelonę, Madryt, Rzym, Roland Garros, Montreal, Cincinnati, US Open). No i oczywiście udany atak na pozycję lidera, i właśnie jako numer jeden Hiszpan zakończy sezon.
2. Debel roku: Bob/Mike Bryan
Genialni bracia, którzy zdemolowali rozgrywki ATP. Byli bardzo blisko zdobycia Klasycznego Wielkiego Szlema, jednak przegrali w półfinale US Open z Leanderem Paesem i Radkiem Stepankiem. Co więcej, na koniec sezonu mają prawie dwa razy więcej punktów niż drudzy w rankingu Alexander Peya i Bruno Soares.
3. Mecz roku: Rafael Nadal vs. Novak Djokovic, półfinał French Open (6:4 3:6 6:1 6:7 9:7)
Stojący na bardzo wysokim poziomie bój, który trwał 4h i 33 minuty porównywany przez większość do ich finału Australian Open 2012. Ciężko tu cokolwiek napisać, bo słowa nie wyrażą tego, co można zobaczyć w tym widowisku. Szkoda tylko, że nie był to finał, gdzie Nadal bez żadnych problemów, w trzech setach ograł rodaka - Davida Ferrera.
4, Odkrycie roku: Pablo Carreno Busta
Tego 22-latka jeszcze rok temu znały tylko osoby, która bardzo mocno interesują się tenisem, ponieważ od 2009 roku (początku kariery) podbijał tylko i wyłączenie futuresy i challengery. Wreszcie na poważnie występy na poziomie ATP zaczął brać w tym roku (chociaż jego pierwszą imprezą tej rangi był Sztokholm przed dwoma laty, kiedy w 1r. kwalifikacji przegrał z Czechem Ivo Minarem). Hiszpan podbił serca kibiców na początku maja, kiedy podczas turnieju w Oeiras awansował do półfinału. Dzięki temu i innym dobrym osiągnięciom Hiszpan awansował z 654. na początku roku na 65. miejsce w rankingu.
5. Niespodzianka roku: słaby sezon Rogera Federera
Mimo świetnej końcówki sezonu Szwajcar dał wiele powodów do zmartwień swoim fanom. Często przegrywał on we wczesnych fazach turnieju, a pokonywali go m.in. Kei Nishikori, Federico Delbonis, Daniel Brands, czy Tommy Robredo. Potworny zawód sprawił też na Wimbledonie, gdzie w drugiej rundzie odpadł z Sergiy Stakhovskiy. Miejmy nadzieję, że to nie jest poważniejszy kryzys, który prędzej czy później doprowadzi do końca kariery. Jak na razie Szwajcar wprowadza zmiany w swoim kalendarzu i przyszły sezon zacznie już w pierwszym tygodniu rozgrywek, ale nie w Doha, tylko australijskim Brisbane.
6. Wydarzenie roku: triumf Brytyjczyka na Wimbledonie
Według mnie wszystkie tegoroczne zdarzenia przyćmił właśnie triumf Andy'ego Murraya. Wreszcie, po 77 latach i wygranej Freda Perry'ego Brytyjczycy cieszyli się z wygranej ich rodaka. W finale, przy pełnych trybunach i szczelnie wypełnionym wzgórzu Henmana (pewnie już Murraya) Szkot pokonał w trzech setach ówczesnego lidera, Serba Novaka Djokovica 6:4 7:5 6:4.
Ten rok minął też pod znakiem częstszego poruszania kwestii dopingowych. Jedną z ofiar został Chorwat Marin Cilic. Wykryto u niego niedozwolone środki podczas badania próbki z turnieju w Monachium na początku maja. Zdyskwalifikowano go najpierw na 9 miesięcy, ale karę zmniejszono do 4 m-cy, przez co mógł wystąpić jeszcze na koniec sezonu w turnieju w Paryżu, gdzie odpadł w drugiej rundzie z Juanem Martinem del Potro. Nieco poważniej wygląda sytuacja z Serbem Viktorem Troickim. U tego zawodnika nie wykryto oficjalnie dopingu, a oskarżono go o "odmowę lub niepoddanie się bez ważnego powodu badaniu krwi". Miało to miejsce w Monte Carlo, gdzie Serb podał tylko próbkę moczu. Początkowo został skazany na 18 miesięcy. Troicki nie poddwał się i odwołał się do Sądu Arbitrażowego w Lozannie. Póki co, nie tak dawno, jego kara została zmniejszona do roku. Po tym rozgorzały na nowo dyskusje na temat kontroli antydopingowych. Są tacy, jak np. Novak Djokovic, który prosi o odrobinę wyrozumiałości ze strony komisji, ale z drugiej strony mamy np. Rogera Federera, który otwarcie mówi, że tenisiści powinni być częściej kontrolowani. Jak wiemy, spór w tej kwestii będzie trwał bardzo długo.
Sezon 2013 był też dla niektórych ostatnim sezonem w karierze. Jednym z głośniejszych rozstań było te w wykonaniu Jamesa Blake'a, który ogłosił to podczas turnieju US Open i tam właśnie rozegrał swój ostatni mecz. Po wielu kontuzjach i dłuższej nieobecności na kortach oficjalną decyzję w tej sprawie podjął też David Nalbandian. Na uwagę zasługuje też odejście znakomitego indyjskiego deblisty Mahesha Bhupathi, który w swojej bogatej karierze zaliczył występy z Leanderem Paesem, Markiem Knowlesem, Rohanem Bopanną, Danielem Nestorem, Maxem Mirnyi. Oprócz nich rakietę na kołku zawiesili Igor Andreev, Nicolas Massu (liczne kontuzje), Ivan Navarro i weteran tenisa, przez ostatnie 7 lat najstarszy w stawce, 42-letni Dick Norman.
Podczas turnieju w Sztokholmie mieliśmy też kilka dziwnych powrotów. Jeden to ten Joachima "Pim-Pim" Johanssona, o którym już pisałem, a drugi to ten Jonasa Bjorkmana, świetnego niegdyś deblisty. Jednak nie wydaje mi się, żeby to był oficjalny, "pełnowymiarowy" comeback.
Poza seniorami o najważniejsze laury walczą juniorzy i zawodnicy na wózkach. W tej pierwszej grupie wyróżniają się m.in. Nick Kyrgios, Gianluigi Quinzi, Borna Coric, czy lider rankingu Alexander Zverev. U niepełnosprawnych dzielą i rządzą Shingo Kunieda i Stephane Houdet, którzy mają dużą przewagę nad pozostałymi zarówno w singlu, jak i w deblu.
Oprócz tego w turniejach seniorskich pojawiły się zupełnie znikąd nowe nazwiska. Mowa tu m.in. o Pierre-Hugues Herbert, Francuzie, który podczas niedawnego turnieju w Paryżu wygrał z bardziej znanym kolegą z reprezentacji Benoit Paire, a w drugiej rundzie stawiał dzielny opór Novakovi Djokovicowi. Drugi z nich, 17-letni Karen Khachanov zawojował turniej w rodzinnej Moskwie, gdzie doszedł do ćwierćfinału pokonując nie byle kogo, bo Janko Tipsarevica. Wierzę, że ci zawodniczy nie pokazali się z takiej strony jednorazowo i w ich ślady pójdą kolejni młodzi tenisiści, którzy mają potencjał i stać ich na odgrywanie ważnych ról w tych rozgrywkach.
Punktem obowiązkowym jest przypomnienie jak na arenie międzynarodowej rozwijają się nasi rodzimi zawodnicy. Każdy z nas powinien pamiętać "polski Wimbledon", gdzie cieszyliśmy się z ćwierćfinału Jerzego Janowicza i Łukasza Kubota. Drugą rzeczą wartą odnotowanie jest walka reprezentacji Polski w barażach do daviscupowej Grupy Światowej. Jak wiadomo, bez kontuzjowanego "Jerzyka" trudno było cokolwiek zdziałać i wróciliśmy do Grupy I, gdzie pierwszą rundę rozegramy z Rosją na ich gruncie. Nasz najlepszy tenisista po powrocie po kontuzji nie mógł odnaleźć optymalnej formy i nie powtórzył genialnego wyniku z Paryża, przez co sezon zakończy na 21. miejscu. Swój renesans poniekąd przeżywa też Michał Przysiężny, który jest obecnie drugim zawodnikiem w naszym kraju. Miał on bardzo dobrą końcówkę sezonu, awansował do półfinału w St. Petersburgu (wrzesień, był wtedy na 112. pozycji), drugiej rundy w Tokio, Valencii, Paryżu, co dało mu obecnie 59. lokatę. Nieco inaczej wygląda Łukasz Kubot, który po Wimbledonie przeżywa poważny kryzys. Na porządku dziennym były porażki w kwalifikacjach lub w pierwszych rundach z mało znanymi rywalami. Trzeba patrzeć jednak do przodu i mieć nadzieję, że cała trójka wzniesienie się na wyżyny swoich umiejętności i za jakiś czas dołączą do nich kolejni nasi reprezentanci.
Rok 2014 przyniesie też kilka zmian. Moim zdaniem najważniejszą z nich jest podniesienie puli nagród w turniejach ATP 500. Łączna pula nagród, która w tym roku wynosi 17.3 mln dolarów będzie co roku wzrastała o 10%, aż w 2018 osiągnie bagatela 30,8 mln. Roszady w kalendarzu nie będą duże. W lutym pojawi się nowy turniej, w Rio de Janeiro, właśnie rangi ATP 500. Zastąpi on Memphis, który zmniejszy kategorię do ATP 250 kosztem imprezy w San Jose, która została skreślona z kalendarza. Ponadto między zawodami BNP Paribas Masters w Paryżu a ATP World Tour Finals w Londynie najlepsi gracze będą mieli tydzień przerwy.
W dniach 15-17 listopada zostanie rozegrany emocjonujący finał Davis Cup. W Belgradzie reprezentacja gospodarzy w składzie Novak Djokovic, Janko Tipsarevic, Ilja Bozoljac, Nenad Zimonjic zmierzą się z Czechami - Tomasem Berdychem, Lukasem Rosolem, Radkiem Stepankiem i Janem Hajkiem. Nasi południowi sąsiedzi pojadą do Serbii bez swojego kapitana Jaroslava Navratila, który jest w szpitalu i walczy z zatorem płucnym. Zastąpi go Vladimir Safarik. Ciężko tu wskazać faworyta, nie wiedząc w jakiej formie po lekkiej kontuzji jest Janko Tipsarevic. Ja osobiście sądzę, że Czesi mogą obronić tytuł wywalczony przed rokiem.
Wreszcie przyszedł czas na odpoczynek, chociaż bardzo krótki. Do rozpoczęcia sezonu zostało 7 tygodni, ale pewnie połowa tego czasu zostanie poświęcona na treningi i doskonalenie umiejętności. Zapewne nie rak usłyszymy o pokazowych meczach, tak jak np. ubiegłoroczny tour po Ameryce Południowej. Póki co odetchnijmy od pełnego emocji sezonu 2013 i ładujmy baterie na jeszcze (miejmy nadzieję) bardziej interesujący rok 2014.
Już po raz piąty te zawody odbywają się w londyńskiej hali O2 Arena, która podczas meczów tenisowych może pomieścić 17,5 tys. widzów. I było to genialne posunięcie, bo widać, że kibice są mocno zaangażowani, a i miejsca są zapełnione do granic możliwości. Królem tej imprezy jest Roger Federer, który na 5 dotychczasowych imprez tutaj był trzy razy w finałach i dwa z nich wygrał. W tym roku na uwagę zasługuje jego świetny pojedynek z Juanem Martinem del Potro, który wygrał 4:6 7:6 7:5 i pokazał, że nie powiedział jeszcze ostatniego słowa i nie należy go skreślać. Do Wielkiej Brytanii zawitamy jeszcze przez dwa następne sezony, a w 2016 cała śmietanka tenisa przeniesie się w inny zakątek Europy lub świata i spróbuje dorównać swoim poprzednikom.
Czas na kilka kategorii:
1. Zawodnik roku: Rafael Nadal
Nawet ludzie, którzy zbytnio nie przepadają za Hiszpanem zgodnie przyznają, że to był popis gry tego zawodnika. Powrócił on po kontuzji, w lutym, w chilijskim Vina del Mar, gdzie w finale przegrał z Horacio Zeballosem. Na 16 turniejowych występów raz odpadł w pierwszej rundzie (w Wimbledonie), dwa razy nie przebrnął bariery półfinału (Paryż i Szanghaj), w pozostałych imprezach grał w finałach (wygrał Sao Paulo, Acapulco, Indian Wells, Barcelonę, Madryt, Rzym, Roland Garros, Montreal, Cincinnati, US Open). No i oczywiście udany atak na pozycję lidera, i właśnie jako numer jeden Hiszpan zakończy sezon.
2. Debel roku: Bob/Mike Bryan
Genialni bracia, którzy zdemolowali rozgrywki ATP. Byli bardzo blisko zdobycia Klasycznego Wielkiego Szlema, jednak przegrali w półfinale US Open z Leanderem Paesem i Radkiem Stepankiem. Co więcej, na koniec sezonu mają prawie dwa razy więcej punktów niż drudzy w rankingu Alexander Peya i Bruno Soares.
3. Mecz roku: Rafael Nadal vs. Novak Djokovic, półfinał French Open (6:4 3:6 6:1 6:7 9:7)
Stojący na bardzo wysokim poziomie bój, który trwał 4h i 33 minuty porównywany przez większość do ich finału Australian Open 2012. Ciężko tu cokolwiek napisać, bo słowa nie wyrażą tego, co można zobaczyć w tym widowisku. Szkoda tylko, że nie był to finał, gdzie Nadal bez żadnych problemów, w trzech setach ograł rodaka - Davida Ferrera.
4, Odkrycie roku: Pablo Carreno Busta
Tego 22-latka jeszcze rok temu znały tylko osoby, która bardzo mocno interesują się tenisem, ponieważ od 2009 roku (początku kariery) podbijał tylko i wyłączenie futuresy i challengery. Wreszcie na poważnie występy na poziomie ATP zaczął brać w tym roku (chociaż jego pierwszą imprezą tej rangi był Sztokholm przed dwoma laty, kiedy w 1r. kwalifikacji przegrał z Czechem Ivo Minarem). Hiszpan podbił serca kibiców na początku maja, kiedy podczas turnieju w Oeiras awansował do półfinału. Dzięki temu i innym dobrym osiągnięciom Hiszpan awansował z 654. na początku roku na 65. miejsce w rankingu.
5. Niespodzianka roku: słaby sezon Rogera Federera
Mimo świetnej końcówki sezonu Szwajcar dał wiele powodów do zmartwień swoim fanom. Często przegrywał on we wczesnych fazach turnieju, a pokonywali go m.in. Kei Nishikori, Federico Delbonis, Daniel Brands, czy Tommy Robredo. Potworny zawód sprawił też na Wimbledonie, gdzie w drugiej rundzie odpadł z Sergiy Stakhovskiy. Miejmy nadzieję, że to nie jest poważniejszy kryzys, który prędzej czy później doprowadzi do końca kariery. Jak na razie Szwajcar wprowadza zmiany w swoim kalendarzu i przyszły sezon zacznie już w pierwszym tygodniu rozgrywek, ale nie w Doha, tylko australijskim Brisbane.
6. Wydarzenie roku: triumf Brytyjczyka na Wimbledonie
Według mnie wszystkie tegoroczne zdarzenia przyćmił właśnie triumf Andy'ego Murraya. Wreszcie, po 77 latach i wygranej Freda Perry'ego Brytyjczycy cieszyli się z wygranej ich rodaka. W finale, przy pełnych trybunach i szczelnie wypełnionym wzgórzu Henmana (pewnie już Murraya) Szkot pokonał w trzech setach ówczesnego lidera, Serba Novaka Djokovica 6:4 7:5 6:4.
Ten rok minął też pod znakiem częstszego poruszania kwestii dopingowych. Jedną z ofiar został Chorwat Marin Cilic. Wykryto u niego niedozwolone środki podczas badania próbki z turnieju w Monachium na początku maja. Zdyskwalifikowano go najpierw na 9 miesięcy, ale karę zmniejszono do 4 m-cy, przez co mógł wystąpić jeszcze na koniec sezonu w turnieju w Paryżu, gdzie odpadł w drugiej rundzie z Juanem Martinem del Potro. Nieco poważniej wygląda sytuacja z Serbem Viktorem Troickim. U tego zawodnika nie wykryto oficjalnie dopingu, a oskarżono go o "odmowę lub niepoddanie się bez ważnego powodu badaniu krwi". Miało to miejsce w Monte Carlo, gdzie Serb podał tylko próbkę moczu. Początkowo został skazany na 18 miesięcy. Troicki nie poddwał się i odwołał się do Sądu Arbitrażowego w Lozannie. Póki co, nie tak dawno, jego kara została zmniejszona do roku. Po tym rozgorzały na nowo dyskusje na temat kontroli antydopingowych. Są tacy, jak np. Novak Djokovic, który prosi o odrobinę wyrozumiałości ze strony komisji, ale z drugiej strony mamy np. Rogera Federera, który otwarcie mówi, że tenisiści powinni być częściej kontrolowani. Jak wiemy, spór w tej kwestii będzie trwał bardzo długo.
Sezon 2013 był też dla niektórych ostatnim sezonem w karierze. Jednym z głośniejszych rozstań było te w wykonaniu Jamesa Blake'a, który ogłosił to podczas turnieju US Open i tam właśnie rozegrał swój ostatni mecz. Po wielu kontuzjach i dłuższej nieobecności na kortach oficjalną decyzję w tej sprawie podjął też David Nalbandian. Na uwagę zasługuje też odejście znakomitego indyjskiego deblisty Mahesha Bhupathi, który w swojej bogatej karierze zaliczył występy z Leanderem Paesem, Markiem Knowlesem, Rohanem Bopanną, Danielem Nestorem, Maxem Mirnyi. Oprócz nich rakietę na kołku zawiesili Igor Andreev, Nicolas Massu (liczne kontuzje), Ivan Navarro i weteran tenisa, przez ostatnie 7 lat najstarszy w stawce, 42-letni Dick Norman.
Podczas turnieju w Sztokholmie mieliśmy też kilka dziwnych powrotów. Jeden to ten Joachima "Pim-Pim" Johanssona, o którym już pisałem, a drugi to ten Jonasa Bjorkmana, świetnego niegdyś deblisty. Jednak nie wydaje mi się, żeby to był oficjalny, "pełnowymiarowy" comeback.
Poza seniorami o najważniejsze laury walczą juniorzy i zawodnicy na wózkach. W tej pierwszej grupie wyróżniają się m.in. Nick Kyrgios, Gianluigi Quinzi, Borna Coric, czy lider rankingu Alexander Zverev. U niepełnosprawnych dzielą i rządzą Shingo Kunieda i Stephane Houdet, którzy mają dużą przewagę nad pozostałymi zarówno w singlu, jak i w deblu.
Oprócz tego w turniejach seniorskich pojawiły się zupełnie znikąd nowe nazwiska. Mowa tu m.in. o Pierre-Hugues Herbert, Francuzie, który podczas niedawnego turnieju w Paryżu wygrał z bardziej znanym kolegą z reprezentacji Benoit Paire, a w drugiej rundzie stawiał dzielny opór Novakovi Djokovicowi. Drugi z nich, 17-letni Karen Khachanov zawojował turniej w rodzinnej Moskwie, gdzie doszedł do ćwierćfinału pokonując nie byle kogo, bo Janko Tipsarevica. Wierzę, że ci zawodniczy nie pokazali się z takiej strony jednorazowo i w ich ślady pójdą kolejni młodzi tenisiści, którzy mają potencjał i stać ich na odgrywanie ważnych ról w tych rozgrywkach.
Punktem obowiązkowym jest przypomnienie jak na arenie międzynarodowej rozwijają się nasi rodzimi zawodnicy. Każdy z nas powinien pamiętać "polski Wimbledon", gdzie cieszyliśmy się z ćwierćfinału Jerzego Janowicza i Łukasza Kubota. Drugą rzeczą wartą odnotowanie jest walka reprezentacji Polski w barażach do daviscupowej Grupy Światowej. Jak wiadomo, bez kontuzjowanego "Jerzyka" trudno było cokolwiek zdziałać i wróciliśmy do Grupy I, gdzie pierwszą rundę rozegramy z Rosją na ich gruncie. Nasz najlepszy tenisista po powrocie po kontuzji nie mógł odnaleźć optymalnej formy i nie powtórzył genialnego wyniku z Paryża, przez co sezon zakończy na 21. miejscu. Swój renesans poniekąd przeżywa też Michał Przysiężny, który jest obecnie drugim zawodnikiem w naszym kraju. Miał on bardzo dobrą końcówkę sezonu, awansował do półfinału w St. Petersburgu (wrzesień, był wtedy na 112. pozycji), drugiej rundy w Tokio, Valencii, Paryżu, co dało mu obecnie 59. lokatę. Nieco inaczej wygląda Łukasz Kubot, który po Wimbledonie przeżywa poważny kryzys. Na porządku dziennym były porażki w kwalifikacjach lub w pierwszych rundach z mało znanymi rywalami. Trzeba patrzeć jednak do przodu i mieć nadzieję, że cała trójka wzniesienie się na wyżyny swoich umiejętności i za jakiś czas dołączą do nich kolejni nasi reprezentanci.
Rok 2014 przyniesie też kilka zmian. Moim zdaniem najważniejszą z nich jest podniesienie puli nagród w turniejach ATP 500. Łączna pula nagród, która w tym roku wynosi 17.3 mln dolarów będzie co roku wzrastała o 10%, aż w 2018 osiągnie bagatela 30,8 mln. Roszady w kalendarzu nie będą duże. W lutym pojawi się nowy turniej, w Rio de Janeiro, właśnie rangi ATP 500. Zastąpi on Memphis, który zmniejszy kategorię do ATP 250 kosztem imprezy w San Jose, która została skreślona z kalendarza. Ponadto między zawodami BNP Paribas Masters w Paryżu a ATP World Tour Finals w Londynie najlepsi gracze będą mieli tydzień przerwy.
W dniach 15-17 listopada zostanie rozegrany emocjonujący finał Davis Cup. W Belgradzie reprezentacja gospodarzy w składzie Novak Djokovic, Janko Tipsarevic, Ilja Bozoljac, Nenad Zimonjic zmierzą się z Czechami - Tomasem Berdychem, Lukasem Rosolem, Radkiem Stepankiem i Janem Hajkiem. Nasi południowi sąsiedzi pojadą do Serbii bez swojego kapitana Jaroslava Navratila, który jest w szpitalu i walczy z zatorem płucnym. Zastąpi go Vladimir Safarik. Ciężko tu wskazać faworyta, nie wiedząc w jakiej formie po lekkiej kontuzji jest Janko Tipsarevic. Ja osobiście sądzę, że Czesi mogą obronić tytuł wywalczony przed rokiem.
Wreszcie przyszedł czas na odpoczynek, chociaż bardzo krótki. Do rozpoczęcia sezonu zostało 7 tygodni, ale pewnie połowa tego czasu zostanie poświęcona na treningi i doskonalenie umiejętności. Zapewne nie rak usłyszymy o pokazowych meczach, tak jak np. ubiegłoroczny tour po Ameryce Południowej. Póki co odetchnijmy od pełnego emocji sezonu 2013 i ładujmy baterie na jeszcze (miejmy nadzieję) bardziej interesujący rok 2014.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




