Spotkali się na tradycyjnym obiedzie mistrzów, po ich wygranych we French Open 1999. On pokonał Andreya Medvedeva, ona po jednym z najdziwniejszych i najbardziej emocjonujących pojedynków w historii doprowadziła do płaczu Martinę Hingis. Po nieco ponad dwóch latach znajomości (dokładnie 22 października 2001) wzięli ślub w Las Vegas, w obecności tylko i wyłącznie ich matek. Już cztery dni po tej ceremonii oboje zawitali do szpitala - na świat przyszło ich pierwsze dziecko - Jaden Gil. Po kolejnych, tym razem niecałych, dwóch latach do syna dołączyła też córka - Jaz Elle. Nie należy też zapominać, że oboje mają też za sobą zakończone inne związki. Ona porzuciła niemieckiego kierowcę Formuły 1, Michaela Bartelsa (byli ze sobą 7 lat), on rozstał się z hollywoodzką aktorką Brooke Shields. A jak wyglądała droga do poznania Steffi Graf i Andre Agassiego?
Niemka dorastała w domu w Mannheim, a wychowywali ją Heidi i Peter. O wiele większą rolę w jej późniejszej karierze odegrał ojciec. To on był głównym mentorem i trenerem,t tak naprawdę wprowadził ją do gry. Nie był jednak taki święty, został nawet kiedyś skazany na prawie cztery lata więzienia za niepłacenie podatków. Rozstał się też ze swoją pierwszą żoną, ale poślubił następną. W 2012 roku wykryto u niego raka trzustki, a kilka miesięcy temu przegrał walkę z chorobą. Steffi straciła osobę, która odkryła w niej, jak potem zobaczyliśmy, niebagatelny talent.
Graf już w wieku 13 lat rozpoczęła karierę na profesjonalnym szczeblu. Pierwszy mecz, w 1982 podczas turnieju w Stuttgarcie przegrała z późniejszą finalistką, Amerykanką Tracy Austin. Cztery lata później, jeszcze nie osiągając pełnoletności, wygrała pierwsze zawody, pokonując w finale w Hilton Head Chris Evert. Od tej pory rozkwitała. Sezon następny zakończyła z bilansem 74-2. Jednak to, co zrobiła w 1988 powoduje wręcz ciarki na plecach. Zdobyła Klasyczny Złoty Szlem, wygrywając we wszystkich turniejach wielkoszlemowych i na dodatek podczas Igrzysk Olimpijskich w Seulu. W następnym roku była bliska powtórzenia osiągnięcia, ale podczas Roland Garros zatrzymała ją Arantxa Sanchez Vicario.
Potem było trochę gorzej. Na arenie pojawiła się Monica Seles, która coraz częściej zabierała sprzed nosa Niemki najważniejsze tytuły. Aż do 1993, kiedy podczas imprezy w Hamburgu Jugosłowianka została zaatakowana przez psychofana Graf - Guentera Parche. Nie da się oszukać jednak, że Steffi ciężko będzie utrzymać wysoką formę przez cały czas, a procesu starzenia nie da się zatrzymać. Pojawiały się też coraz częściej różne kontuzje spowodowane potężnym wysiłkiem we wcześniejszej fazie kariery. Ostatnim sezonem był ten 1999, a ostatnią imprezą ta w San Diego, podczas której oddała walkowerem mecz Amy Frazier. Bez dwóch zdań zakończyła wtedy karierę najbardziej utytułowana zawodniczka wszech czasów, zasiadająca na pozycji liderki przez 377. tygodni, triumfująca w 22. Wielkich Szlemach. Za te wszystkie sukcesy oczywiście została włączona do Międzynarodowej Tenisowej Galerii Sław, a nastąpiło to w 2004 roku.
Andre, podobnie jak Steffi, do gry w tenisa został namówiony przez ojca, irańskiego boksera olimpijczyka. W wieku 13 lat dołączył do akademii Nicka Bollettieriego, który chwalił go i zauważył w nim ogromny potencjał. Trzy lata później Amerykanin wystąpił w pierwszym profesjonalnym turnieju, w La Quinta. Po pierwszym wygranym meczu z Johnem Austinem odpadł w następnym, z Matsem Wilanderem. Już w następnym sezonie zdobył swój pierwszy tytuł, w brazylijskiej Itaparice. Pierwszy Wielki Szlem zdobył "dopiero" w wieku 22 lat, na kortach Wimbledonu. Ogółem, na 15 finałów tego typu imprez wygrał osiem, a najlepiej spisywał się na australijskiej ziemi. Jego kariera nie jest tak bogata jak Steffi, ale warto odnotować, że Agassi jako jeden z dwóch w całej karierze wygrał każdy Wielki Szlem (na 3. różnych nawierzchniach) i zdobył olimpijskiej złoto w Atlancie. W 1997 miewał kłopoty z nadgarstkiem, a także tą feralną sytuacją z wykryciem u niego metamfetaminy. Światowa federacja starała się zatuszować tę sprawę, jednak sam zainteresowany potwierdził później zażywanie tego narkotyku.
Agassi na pozycji lidera rankingu utrzymywał się przez 101 tygodni. Pod koniec jego kariery również zmagał się z licznymi kontuzjami - skręconą kostką i chronicznym bólem pleców, z którym borykał się od urodzenia. Andre definitywnie zakończył karierę w 2006 roku, po przegranym meczu 3. rundy z Benjaminem Beckerem. Publiczność zgotowała mu kilkuminutową owację na stojąco. Za wszystkie osiągnięcia też został włączony do Międzynarodowej Tenisowej Galerii Sław, w 2011 roku.
Andre już w trakcie kariery poświęcił się działaniom charytatywnym, w 1994 założył fundację edukującą najbiedniejsze dzieci. Rozpowszechnił się też program "Team Agassi", pomagający w rozwoju tenisistów, zarówno juniorów i profesjonalistów. Właśnie za pomoc niepełnosprawnej młodzieży, w 1995, dostał nagrodę Artura Ashe'a. Steffi, ambasadorka WWF, po wspólnym poznaniu zaangażowała się w projekty przyszłego męża i od tej pory mogli poświęcić się swoim pasjom ze zdwojoną siłą.
Można powiedzieć, że ich pierwszym "dzieckiem" była obecnie prężnie rozwijająca się fundacja "Children for Tomorrow", która ma za zadanie pomoc dzieciom i ich rodzinom, którzy zostali dotknięci wojnami, czy klęskami żywiołowymi. Właśnie działania charytatywne są ich znakiem rozpoznawczym, angażują się też w różne mecze pokazowe, co z całą pewnością zabiera im dużo czasu. Jednak znajdują jeszcze chwile na inne pasje. Steffi interesuje się sztuką i fotografią, Andre wydał bardzo kontrowersyjną autobiografię "Open". Oboje lubią posłuchać dobrej muzyki, ich miłością jest U2. Mieszkają obecnie ze swoimi dziećmi w Las Vegas. Ciężko znaleźć cokolwiek negatywnego w ich związku. Już sama ich obecność w tourze przyniosła wiele dobrego. Jedno jest pewne, takich par, nie tylko tenisowych, ze świecą szukać.
poniedziałek, 6 stycznia 2014
środa, 1 stycznia 2014
Rewelacja z Dubrovnika.
Kilka dni temu obchodziła dopiero 16. urodziny, a już zdobyła serca kibiców i zrobiła niemałą sensację podczas zawodów ASB Classic w Auckland, gdzie w pierwszej rundzie pokonała turniejową "jedynkę", sklasyfikowaną obecnie na 14. miejscu w rankingu, Włoszkę Robertę Vinci 3:6 6:4 6:2. Mimo aż trzech partii, mecz trwał godzinę i 34 minuty, a w decydującym secie Ana Konjuh (bo oczywiście o niej mowa) w czterech swoich gemach serwisowych straciła sześć punktów, a w całym spotkaniu miała 14. szans na przełamanie rywalki, z czego wykorzystała połowę. Chorwatka szansę udziału w tym turnieju otrzymała od dyrektora imprezy, Karla Budge'a, który bez wahania wręczył jej dziką kartę i był bardzo zadowolony z tego, że udało mu się ściągnąć do siebie świetną, wschodzącą gwiazdę tenisa.
Zawody w tej nowozelandzkiej miejscowości to był jej debiut w imprezie rangi WTA. Od tego sezonu Konjuh stwierdziła, że porzuca rozgrywki juniorskie, aby w pełni poświęcić się pojedynkom na profesjonalnym, seniorskim szczeblu. Jednak pierwszy raz na turnieju tej rangi grała w październiku 2012, gdzie otrzymała od organizatorów dziką kartę do ITF-u w jej rodzinnym Dubrovniku i dotarła tam do drugiej rundy. Już miesiąc później było o wiele lepiej i zagrała w finale dziesięciotysięcznika w tureckiej Antalyi, gdzie uległa Serbce Jovanie Jaksic. W maju 2013 ponownie dotarła do decydującego spotkania, ale tym razem challengera z pulą nagród 25 tys. dolarów w słoweńskim Mariborze. Lepsza od niej była "gospodyni" Polona Hercog, ale warto podkreślić, że Ana przebijała się przez eliminacje. Wreszcie dopięła swego w następnym turnieju, w Montpellier, gdzie w spotkaniu o tytuł ograła 6:3 6:1 Rosjankę Irinę Khromachevą.
Jak już trochę wiemy, Konjuh na świat przyszła 27 grudnia 1997 w Dubrovniku, a zawdzięcza to matce Iris i ojcu Mario. Ma też trzy siostry, wszystkie z imionami na "A" - Andreę, Antonię i Anteę. Pasję do tenisa przejęła po tej pierwsze, której grę bardzo lubiła oglądać. Andrea jednak wyszła potem za mąż, porzuciła ten sport, a Ana rozwijała swoją pasję, co przyniosło jej świetne efekty już w rozgrywkach juniorskich. Po wynikach widać, że Chorwatka najlepiej spisuje się na twardej i ziemnej nawierzchni, ale w wywiadach podkreśla, że jej najbardziej ulubionym turniejem jest Wimbledon. I to tam, mając zaledwie 14 lat odniosła swój pierwszy poważniejszy sukces, osiągając finał juniorskiego debla w parze z Belindą Bencic, lepsze okazały się tylko Eugenie Bouchard i Taylor Townsend. Pod koniec 2012 roku Ana zanotowała triumfy w dwóch najważniejszych, bardzo prestiżowych zawodach dla nastolatków. Najpierw na kortach akademii Nicka Bollettieriego, w Eddie Herr International, po finale z Barbarą Haas z Austrii (6:1 6:1), a potem we wspomnianym ostatnio kilkukrotnie Orange Bowl, gdzie zapisała na konto równie ważne zwycięstwo nad Amerykanką Townsend, która na koniec tamtego roku została wybrana przez ITF najlepszą juniorką świata.
Prawdziwy "boom" nastąpił jednak wraz z początkiem 2013 roku. Podczas wielkoszlemowego Australian Open została triumfatorką w singlu, jak i w deblu (z Carol Zhao). W grze pojedynczej ograła na koniec Czeszkę Katerinę Siniakovą 6:3 6:4, i te zwycięstwo zapewniło jej pozycję liderki rankingu juniorskiego. Niecałe dwa tygodnie później zanotowała, jak do tej pory, najcenniejszy triumf (jeśli chodzi o ranking rywalki), gdzie 9 lutego w Fed Cupie, w I Grupie Euroafrykańskiej, w izraelskim Eliacie pokonała notowaną wówczas na 37. miejscu naszą Urszulę Radwańską. Podczas Roland Garros i Wimbledonu dotarła do półfinału, a "sezon" wielkoszlemowy zwieńczyła triumfem na kortach Flushing Meadows, gdzie ograła tamtejszą wielką nadzieję, rok młodszą od niej, Tornado Alicię Black. W rozmowach sama podkreśla, że właśnie tytuł w Nowym Jorku utwierdził ją w przekonaniu, że w kolejnym sezonie powinna zainteresować się wyłącznie imprezach organizowanymi przez WTA.
Z racji jej wieku, obecnie ma pewne ograniczenia, jeśli chodzi o występy. W ciągu jednego roku może grać na razie tylko w 10 zawodowych turniejach. Ale jestem pewien, że to jej nie przeszkodzi w dalszym rozwoju kariery. Bez wątpienia pomoże jej to w sprawach finansowych, zacznie zarabiać więcej pieniędzy, bo jak do tej pory zdobyła "marne" 18 tysięcy dolarów. Formę do występów szlifuje pod okiem Kristiana Schneidera w Zagrzebiu, w tamtejszym centrum tenisowym. Stolica Chorwacji jest teraz też jej miejscem zamieszkania. Obecnie w rankingu jest 259., ale chce piąć się wyżej jak najszybciej, dorównać tylko rok od niej starszej rodaczce.
Mowa tu oczywiście o Donnie Vekic, która pięć miesięcy temu była nawet 62., a w czerwcu zanotowała finał na trawiastej nawierzchni w Birmingham (pokonała ją Daniela Hantuchova). Do tych dwóch "pań" można dodać jeszczę Bornę Corica, który wygrał juniorski US Open (po zwycięstwie nad Thanasi Kokkinakisem) i mamy wspaniałą trzyosobową grupę, która przy lekkiej pomocy chociażby ze strony władz krajowych i przede wszystkim dzięki własnemu uporowi może już niedługo zawojować tenisowy świat. A w tym kraju przydadzą się następcy takich gwiazd jak Iva Majoli, Goran Ivanisevic, czy Ivan Ljubicic.
Zawody w tej nowozelandzkiej miejscowości to był jej debiut w imprezie rangi WTA. Od tego sezonu Konjuh stwierdziła, że porzuca rozgrywki juniorskie, aby w pełni poświęcić się pojedynkom na profesjonalnym, seniorskim szczeblu. Jednak pierwszy raz na turnieju tej rangi grała w październiku 2012, gdzie otrzymała od organizatorów dziką kartę do ITF-u w jej rodzinnym Dubrovniku i dotarła tam do drugiej rundy. Już miesiąc później było o wiele lepiej i zagrała w finale dziesięciotysięcznika w tureckiej Antalyi, gdzie uległa Serbce Jovanie Jaksic. W maju 2013 ponownie dotarła do decydującego spotkania, ale tym razem challengera z pulą nagród 25 tys. dolarów w słoweńskim Mariborze. Lepsza od niej była "gospodyni" Polona Hercog, ale warto podkreślić, że Ana przebijała się przez eliminacje. Wreszcie dopięła swego w następnym turnieju, w Montpellier, gdzie w spotkaniu o tytuł ograła 6:3 6:1 Rosjankę Irinę Khromachevą.
Jak już trochę wiemy, Konjuh na świat przyszła 27 grudnia 1997 w Dubrovniku, a zawdzięcza to matce Iris i ojcu Mario. Ma też trzy siostry, wszystkie z imionami na "A" - Andreę, Antonię i Anteę. Pasję do tenisa przejęła po tej pierwsze, której grę bardzo lubiła oglądać. Andrea jednak wyszła potem za mąż, porzuciła ten sport, a Ana rozwijała swoją pasję, co przyniosło jej świetne efekty już w rozgrywkach juniorskich. Po wynikach widać, że Chorwatka najlepiej spisuje się na twardej i ziemnej nawierzchni, ale w wywiadach podkreśla, że jej najbardziej ulubionym turniejem jest Wimbledon. I to tam, mając zaledwie 14 lat odniosła swój pierwszy poważniejszy sukces, osiągając finał juniorskiego debla w parze z Belindą Bencic, lepsze okazały się tylko Eugenie Bouchard i Taylor Townsend. Pod koniec 2012 roku Ana zanotowała triumfy w dwóch najważniejszych, bardzo prestiżowych zawodach dla nastolatków. Najpierw na kortach akademii Nicka Bollettieriego, w Eddie Herr International, po finale z Barbarą Haas z Austrii (6:1 6:1), a potem we wspomnianym ostatnio kilkukrotnie Orange Bowl, gdzie zapisała na konto równie ważne zwycięstwo nad Amerykanką Townsend, która na koniec tamtego roku została wybrana przez ITF najlepszą juniorką świata.
Prawdziwy "boom" nastąpił jednak wraz z początkiem 2013 roku. Podczas wielkoszlemowego Australian Open została triumfatorką w singlu, jak i w deblu (z Carol Zhao). W grze pojedynczej ograła na koniec Czeszkę Katerinę Siniakovą 6:3 6:4, i te zwycięstwo zapewniło jej pozycję liderki rankingu juniorskiego. Niecałe dwa tygodnie później zanotowała, jak do tej pory, najcenniejszy triumf (jeśli chodzi o ranking rywalki), gdzie 9 lutego w Fed Cupie, w I Grupie Euroafrykańskiej, w izraelskim Eliacie pokonała notowaną wówczas na 37. miejscu naszą Urszulę Radwańską. Podczas Roland Garros i Wimbledonu dotarła do półfinału, a "sezon" wielkoszlemowy zwieńczyła triumfem na kortach Flushing Meadows, gdzie ograła tamtejszą wielką nadzieję, rok młodszą od niej, Tornado Alicię Black. W rozmowach sama podkreśla, że właśnie tytuł w Nowym Jorku utwierdził ją w przekonaniu, że w kolejnym sezonie powinna zainteresować się wyłącznie imprezach organizowanymi przez WTA.
Z racji jej wieku, obecnie ma pewne ograniczenia, jeśli chodzi o występy. W ciągu jednego roku może grać na razie tylko w 10 zawodowych turniejach. Ale jestem pewien, że to jej nie przeszkodzi w dalszym rozwoju kariery. Bez wątpienia pomoże jej to w sprawach finansowych, zacznie zarabiać więcej pieniędzy, bo jak do tej pory zdobyła "marne" 18 tysięcy dolarów. Formę do występów szlifuje pod okiem Kristiana Schneidera w Zagrzebiu, w tamtejszym centrum tenisowym. Stolica Chorwacji jest teraz też jej miejscem zamieszkania. Obecnie w rankingu jest 259., ale chce piąć się wyżej jak najszybciej, dorównać tylko rok od niej starszej rodaczce.
Mowa tu oczywiście o Donnie Vekic, która pięć miesięcy temu była nawet 62., a w czerwcu zanotowała finał na trawiastej nawierzchni w Birmingham (pokonała ją Daniela Hantuchova). Do tych dwóch "pań" można dodać jeszczę Bornę Corica, który wygrał juniorski US Open (po zwycięstwie nad Thanasi Kokkinakisem) i mamy wspaniałą trzyosobową grupę, która przy lekkiej pomocy chociażby ze strony władz krajowych i przede wszystkim dzięki własnemu uporowi może już niedługo zawojować tenisowy świat. A w tym kraju przydadzą się następcy takich gwiazd jak Iva Majoli, Goran Ivanisevic, czy Ivan Ljubicic.
czwartek, 26 grudnia 2013
Polski tenis rośnie w siłę.
Kiedy myślimy lub pytamy się kogoś o najlepszych polskich reprezentantów w tym sporcie, to bez wątpienia odpowiedź brzmi: "Agnieszka Radwańska i Jerzy Janowicz". Stwierdzeniem tym Ameryki nie odkryłem, wystarczy przecież przypomnieć sobie Wimbledon, gdzie oboje doszli do półfinału (no i finał Agi przed rokiem). Ale gdy już jesteśmy przy tym wielkoszlemowym turnieju, to warto wspomnieć też o polskim ćwierćfinale, gdzie wreszcie odżył nam Łukasz Kubot. Co prawda, ciężko mówić cokolwiek dobrego o jego występach po Wimbledonie, ale wtedy z jak najlepszej strony pokazywał się nam Michał Przysiężny, który zanotował m.in. półfinał w St. Petersburgu i drugie rundy w wysoko notowanych imprezach w Tokio, Walencji i Paryżu. Dzięki temu w ostatecznym rozrachunku wyprzedził w rankingu Kubota i zajmuje 66. miejsce (Kubot - 72.; Janowicz - 21.).
Nieco inaczej sprawa wygląda u naszych pań. Jednak zanim będziemy rozpływali się nad kilkoma naszymi reprezentantkami muszę dodać kilka łyżek dziegciu do tej beczki miodu i napisać o moich rozczarowaniach. Pierwszym z nich jest Ula, która często odpadała w początkowych fazach turnieju, nie potrafiła sobie poradzić w Wielkich Szlemach, do tego kontuzja barku i na sam koniec zmiana trenera. Drugą osobą, której, co tu dużo mówić, kariera wisi na włosku jest Marta Domachowska. Niegdyś 37. w rankingu, walcząca na równi z Venus Williams, obecnie jest już cieniem samej siebie. Jej ranking jest teraz tak niski (436.!, na początku sezonu była 230.), że do małych turniejów rangi ITF musi przebijać się przez kwalifikacje. A o wynikach lepiej nie mówić, bo szkoda czasu. Nie mam pojęcia, czy ta zawodniczka się jeszcze wygrzebie, ale jak tak dalej pójdzie, to szybko znajdzie się na samym dnie. Nie pomoże nawet partner, Jerzy Janowicz.
Czas wrócić do pozytywnych akcentów w kobiecym polskim tenisie w sezonie 2013. Oczywiście najwięcej emocji w drugim garniturze reprezentacji wzbudziła Katarzyna Piter, która zanotowała też największy postęp. Z 358. lokaty na początku roku wskoczyła aż na 119. na koniec. Pierwsze spotkania jednak nie wskazywały na jakieś poważniejsze zmiany, nagła zwyżka formy nastąpiła w lipcu, kiedy osiągnęła finały w trzech z rzędu imprezach ITF - w Toruniu, Ołomuńcu i Izmirze. Jednak to, co poznanianka zrobiła w październiku, przerosło wszelkie nasze oczekiwania. Przebijając się przez kwalifikacje turniejów (już rangi WTA) awansowała do II rundy w Linzu, gdzie nie sprostała Dominice Cibulkovej. Tydzień później, w Luksemburgu, doszła do ćwierćfinału, po drodze eliminując m.in. Yaninę Wickmayer, Kirsten Flipkens (wówczas 20. w rankingu, półfinalistkę Wimbledonu). W meczu 1/4 finału była bardzo blisko triumfu, ale ostatecznie wyeliminowała ją Annika Beck (6:3 6:7 7:6). Oprócz tego w listopadzie zanotowała ćwierćfinał imprezy w Tajpej. Jest też dobrą deblistką, wygrała w Palermo w parze z Kristiną Mladenovic. Co ciekawe, w wywiadach otwarcie mówi, że wzoruje się na Agnieszce Radwańskiej. Jak na razie przynosi to bardzo dobre efekty, oby tak dalej.
Kolejną postacią, która daje nam powody do zadowolenia jest Magda Linette. Również zanotowała w tym roku duży skok rankingowy, z 291. na 123. miejsce. Z całą pewnością jej największym osiągnięciem jest półfinał imprezy w Baku, gdzie przedzierała się przez kwalifikacje. Tak naprawdę, Polka powinna pożegnać się z turniejem już w ćwierćfinale z Ons Jabeur, gdzie przegrywała 3:6 1:4. Tunezyjka poddała wtedy mecz rzekomo z powodu kontuzji kostki. Chodziło tu jednak pewnie o spotkanie z Shahar Peer, która reprezentuje Izrael, a Tunezja (w której barwach gra Jabeur) takiego państwa nie uznaje. Podobnie było wśród panów, gdy Tunezyjczyk Malek Jaziri nie wyszedł na mecz przeciwko reprezentantowi Izraela, Amirowi Weintraubowi, przez co jego kraj został wykluczony z rozgrywek Pucharu Davisa w 2014 roku.
Wracajmy jednak do Magdy... Gdy większość tenisistek zrobiła sobie wolne, ona nie próżnowała. I opłaciło się to. Linetta zagrała w finale w Nantes, zwyciężyła w Pune, znów finał - tym razem w Navi Mumbai i na koniec półfinał w Ankarze. Trzy ostatnie imprezy odbyły się w grudniu. Najwyżej rozstawioną zawodniczką, nad którą odniosła zwycięstwo była Sorana Cirstea, a miało to miejsce dwa lata temu, podczas ITF w Poitiers. Rumunka była wtedy 61. Jeśli chodzi o tegoroczne rezultaty, Magda zawdzięcza to przeprowadzce do Splitu, gdzie trenuje z Ivo Zunicem. Jak sama mówi, w Chorwacji się ustatkowała i jak widać, idzie jej to na rękę.
Ostatnią z wielkich nadziei na przyszły sezon jest Paula Kania. W jej przypadku punktem zwrotnym było zwycięstwo w Toruniu, gdzie pokonała... Katarzynę Piter. Potem odpadła już w pierwszej rundzie w Astanie z Margaritą Gasparyan, ale poszczęściło się jej w innej kwestii. Podczas zawodów spotkała się z Valerią Sołowiową, która zaproponowała Pauli wspólnego trenera - został nim Francuz Hubert Choudury, który niegdyś współpracował m.in. z Dinarą Safiną i Patty Schnyder. Trenowanie z nim przyniosło bardzo dobre rezultaty. Kania wygrała nawet turniej w Tajpej, do którego pojechała w ostatniej chwili, zmieniając swoje plany startowe. Po drodze pokonała m.in. Dinah Pfizenmaier, Arantxę Rus (która podczas French Open 2011 sensacyjnie pokonała Kim Clijsters), a w finale Zarinę Diyas. Na koniec roku uplasowała się na 183. pozycji. W ubiegłym roku, w Astanie, pokonał jak dotychczas najwyżej sklasyfikowaną zawodniczkę (83.) - Francuzkę Stephanie Foretz Gacon.
Jak widać, zarówno Katarzyna Piter, Magda Linetta, jak i Paula Kania biją się o wejście do czołowej setki. Bardzo dobrze wyglądają też rokowania na eliminacje Australian Open, gdzie oczywiście trzy wystąpią i nikt z nas nie ma nic przeciwko, żeby w singlowym turnieju głównym wystąpiły cztery nasze panie. Co więcej, mamy też świetną drużynę na Fed Cup, czyli rywalizacja w II Grupie Światowej ze Szwecją powinna być formalnością. Potem tylko wygrać w kwietniu play-off i jesteśmy w Grupie Światowej. Marzenie jak najbardziej do zrealizowania, podobnie jak te, abyśmy za miesiąc, może dwa widzieli w czołowej setce pięć reprezentantek Polski. Dla trzech wspomnianych będzie to świetny krok w przyszłość, zwłaszcza, że najstarsza z nich ma 22 lata.
Na sam koniec postanowiłem napisać też kilka słów o naszym najlepszym juniorze - Kamilu Majchrzaku. Ostatnie miesiące również były dla niego bardzo udane. Na początku września, w parze z Martinem Redlickim wygrali juniorski US Open. W pierwszym tygodniu grudnia odniósł zwycięstwo w prestiżowym turnieju Eddie Herr International w Bradenton, czyli akademii Nicka Bollettieriego. W decydującym meczu po dramatycznym boju pokonał Andreya Rubleva 7:6 6:7 7:6. Nieco mniej szczęścia miał on podczas Orange Bowl, o którym pisałem w poprzednim poście. Mimo to Kamil sam mówi, że ten rok może zapisać do udanych. I nie dziwmy mu się.
Śmiało można powiedzieć, że rok 2013 był w pewnym sensie przełomowy dla polskiego tenisa. Miejmy nadzieję, że 2014 będzie tego potwierdzeniem i za rok będziemy usatysfakcjonowani z kolejnych świetnych rezultatów. W Hopman Cup obok Agnieszki wystąpi Grzegorz Panfil, który może się trochę oswoi z tym środowiskiem i on dołączy do naszej trójki. Oby ten nadmuchany balonik nie pękł za szybko i nie wrócił obraz polskiego tenisa sprzed chociażby dwóch lat. Wtedy naszym reprezentantom będzie jeszcze ciężej się odbudować, a i Polacy nie lubią, gdy coś się im obiecuje, a potem nic z tego nie wychodzi, znamy swój temperament aż za dobrze. Dlatego nie oczekujmy od razu cudów, dajmy im się "rozegrać", bez stawiania celów, a potem na pewno zostaniemy wynagrodzeni. I z takim nastawieniem zacznijmy 2014 rok!
Nieco inaczej sprawa wygląda u naszych pań. Jednak zanim będziemy rozpływali się nad kilkoma naszymi reprezentantkami muszę dodać kilka łyżek dziegciu do tej beczki miodu i napisać o moich rozczarowaniach. Pierwszym z nich jest Ula, która często odpadała w początkowych fazach turnieju, nie potrafiła sobie poradzić w Wielkich Szlemach, do tego kontuzja barku i na sam koniec zmiana trenera. Drugą osobą, której, co tu dużo mówić, kariera wisi na włosku jest Marta Domachowska. Niegdyś 37. w rankingu, walcząca na równi z Venus Williams, obecnie jest już cieniem samej siebie. Jej ranking jest teraz tak niski (436.!, na początku sezonu była 230.), że do małych turniejów rangi ITF musi przebijać się przez kwalifikacje. A o wynikach lepiej nie mówić, bo szkoda czasu. Nie mam pojęcia, czy ta zawodniczka się jeszcze wygrzebie, ale jak tak dalej pójdzie, to szybko znajdzie się na samym dnie. Nie pomoże nawet partner, Jerzy Janowicz.
Czas wrócić do pozytywnych akcentów w kobiecym polskim tenisie w sezonie 2013. Oczywiście najwięcej emocji w drugim garniturze reprezentacji wzbudziła Katarzyna Piter, która zanotowała też największy postęp. Z 358. lokaty na początku roku wskoczyła aż na 119. na koniec. Pierwsze spotkania jednak nie wskazywały na jakieś poważniejsze zmiany, nagła zwyżka formy nastąpiła w lipcu, kiedy osiągnęła finały w trzech z rzędu imprezach ITF - w Toruniu, Ołomuńcu i Izmirze. Jednak to, co poznanianka zrobiła w październiku, przerosło wszelkie nasze oczekiwania. Przebijając się przez kwalifikacje turniejów (już rangi WTA) awansowała do II rundy w Linzu, gdzie nie sprostała Dominice Cibulkovej. Tydzień później, w Luksemburgu, doszła do ćwierćfinału, po drodze eliminując m.in. Yaninę Wickmayer, Kirsten Flipkens (wówczas 20. w rankingu, półfinalistkę Wimbledonu). W meczu 1/4 finału była bardzo blisko triumfu, ale ostatecznie wyeliminowała ją Annika Beck (6:3 6:7 7:6). Oprócz tego w listopadzie zanotowała ćwierćfinał imprezy w Tajpej. Jest też dobrą deblistką, wygrała w Palermo w parze z Kristiną Mladenovic. Co ciekawe, w wywiadach otwarcie mówi, że wzoruje się na Agnieszce Radwańskiej. Jak na razie przynosi to bardzo dobre efekty, oby tak dalej.
Kolejną postacią, która daje nam powody do zadowolenia jest Magda Linette. Również zanotowała w tym roku duży skok rankingowy, z 291. na 123. miejsce. Z całą pewnością jej największym osiągnięciem jest półfinał imprezy w Baku, gdzie przedzierała się przez kwalifikacje. Tak naprawdę, Polka powinna pożegnać się z turniejem już w ćwierćfinale z Ons Jabeur, gdzie przegrywała 3:6 1:4. Tunezyjka poddała wtedy mecz rzekomo z powodu kontuzji kostki. Chodziło tu jednak pewnie o spotkanie z Shahar Peer, która reprezentuje Izrael, a Tunezja (w której barwach gra Jabeur) takiego państwa nie uznaje. Podobnie było wśród panów, gdy Tunezyjczyk Malek Jaziri nie wyszedł na mecz przeciwko reprezentantowi Izraela, Amirowi Weintraubowi, przez co jego kraj został wykluczony z rozgrywek Pucharu Davisa w 2014 roku.
Wracajmy jednak do Magdy... Gdy większość tenisistek zrobiła sobie wolne, ona nie próżnowała. I opłaciło się to. Linetta zagrała w finale w Nantes, zwyciężyła w Pune, znów finał - tym razem w Navi Mumbai i na koniec półfinał w Ankarze. Trzy ostatnie imprezy odbyły się w grudniu. Najwyżej rozstawioną zawodniczką, nad którą odniosła zwycięstwo była Sorana Cirstea, a miało to miejsce dwa lata temu, podczas ITF w Poitiers. Rumunka była wtedy 61. Jeśli chodzi o tegoroczne rezultaty, Magda zawdzięcza to przeprowadzce do Splitu, gdzie trenuje z Ivo Zunicem. Jak sama mówi, w Chorwacji się ustatkowała i jak widać, idzie jej to na rękę.
Ostatnią z wielkich nadziei na przyszły sezon jest Paula Kania. W jej przypadku punktem zwrotnym było zwycięstwo w Toruniu, gdzie pokonała... Katarzynę Piter. Potem odpadła już w pierwszej rundzie w Astanie z Margaritą Gasparyan, ale poszczęściło się jej w innej kwestii. Podczas zawodów spotkała się z Valerią Sołowiową, która zaproponowała Pauli wspólnego trenera - został nim Francuz Hubert Choudury, który niegdyś współpracował m.in. z Dinarą Safiną i Patty Schnyder. Trenowanie z nim przyniosło bardzo dobre rezultaty. Kania wygrała nawet turniej w Tajpej, do którego pojechała w ostatniej chwili, zmieniając swoje plany startowe. Po drodze pokonała m.in. Dinah Pfizenmaier, Arantxę Rus (która podczas French Open 2011 sensacyjnie pokonała Kim Clijsters), a w finale Zarinę Diyas. Na koniec roku uplasowała się na 183. pozycji. W ubiegłym roku, w Astanie, pokonał jak dotychczas najwyżej sklasyfikowaną zawodniczkę (83.) - Francuzkę Stephanie Foretz Gacon.
Jak widać, zarówno Katarzyna Piter, Magda Linetta, jak i Paula Kania biją się o wejście do czołowej setki. Bardzo dobrze wyglądają też rokowania na eliminacje Australian Open, gdzie oczywiście trzy wystąpią i nikt z nas nie ma nic przeciwko, żeby w singlowym turnieju głównym wystąpiły cztery nasze panie. Co więcej, mamy też świetną drużynę na Fed Cup, czyli rywalizacja w II Grupie Światowej ze Szwecją powinna być formalnością. Potem tylko wygrać w kwietniu play-off i jesteśmy w Grupie Światowej. Marzenie jak najbardziej do zrealizowania, podobnie jak te, abyśmy za miesiąc, może dwa widzieli w czołowej setce pięć reprezentantek Polski. Dla trzech wspomnianych będzie to świetny krok w przyszłość, zwłaszcza, że najstarsza z nich ma 22 lata.
Na sam koniec postanowiłem napisać też kilka słów o naszym najlepszym juniorze - Kamilu Majchrzaku. Ostatnie miesiące również były dla niego bardzo udane. Na początku września, w parze z Martinem Redlickim wygrali juniorski US Open. W pierwszym tygodniu grudnia odniósł zwycięstwo w prestiżowym turnieju Eddie Herr International w Bradenton, czyli akademii Nicka Bollettieriego. W decydującym meczu po dramatycznym boju pokonał Andreya Rubleva 7:6 6:7 7:6. Nieco mniej szczęścia miał on podczas Orange Bowl, o którym pisałem w poprzednim poście. Mimo to Kamil sam mówi, że ten rok może zapisać do udanych. I nie dziwmy mu się.
Śmiało można powiedzieć, że rok 2013 był w pewnym sensie przełomowy dla polskiego tenisa. Miejmy nadzieję, że 2014 będzie tego potwierdzeniem i za rok będziemy usatysfakcjonowani z kolejnych świetnych rezultatów. W Hopman Cup obok Agnieszki wystąpi Grzegorz Panfil, który może się trochę oswoi z tym środowiskiem i on dołączy do naszej trójki. Oby ten nadmuchany balonik nie pękł za szybko i nie wrócił obraz polskiego tenisa sprzed chociażby dwóch lat. Wtedy naszym reprezentantom będzie jeszcze ciężej się odbudować, a i Polacy nie lubią, gdy coś się im obiecuje, a potem nic z tego nie wychodzi, znamy swój temperament aż za dobrze. Dlatego nie oczekujmy od razu cudów, dajmy im się "rozegrać", bez stawiania celów, a potem na pewno zostaniemy wynagrodzeni. I z takim nastawieniem zacznijmy 2014 rok!
piątek, 20 grudnia 2013
Droga do sławy?
W 1881 roku mężczyźni po raz pierwszy rywalizowali w międzynarodowych mistrzostwach USA w tenisie. Wtedy też, dokładnie 132 lata temu, dzięki grupce tenisistów z klubu w Nowym Jorku, powstała pewna organizacja, która dzisiaj jest najpotężniejszym i zarazem najpopularniejszych tego typu związkiem, czy Amerykańska Federacja Tenisowa, USTA. Ma ona ogromny wpływ na rozwój tej dyscypliny sportu, a składa się na nią 17 części (według podziału geograficznego), z którymi współpracuje ponad 700 000 indywidualnych członków, 7000 różnych organizacji i jeszcze więcej wolontariuszy. Zadaniem tych wszystkich osób jest przede wszystkim promocja tenisa w Stanach Zjednoczonych.
O samej federacji pisałem już trochę w sierpniu, w poście "Prawdziwa katastrofa". Wiadomo już, że to organizacja nie stawiająca na zysk, ale gdy jest się "dyrektorem" turnieju takiego jak US Open, ciężko tu nie wspomnieć chociaż trochę o zarabianych pieniądzach, czyli ponad 100 mln dolarów rocznie za sam Wielki Szlem (a mamy jeszcze turnieje poprzedzające, czyli tzw. US Open Series). Osobom dowodzącym tym związkiem może zakręcić się w głowie od nadmiaru dolarów na koncie. Najlepszym przykładem jest tu oczywiście 51. już dyrektor USTA, Jon Vegosen, który jest również wiceprezydentem ITF.
Oprócz wymienionych już najważniejszych imprez seniorskich, organizacja ta zajmuje się tworzeniem imprez dla młodzików, studentów, czy osób już w starszym wieku. Obecnie oczywiście o wiele więcej mówi się o zawodach przeznaczonych dla tych niższych grup wiekowych, co oczywiście nie dziwi, bo każda federacja chce znaleźć w swoim kraju perełki, czyli być może przyszłych następców obecnych już gwiazd. Jednym z takich turniejów jest z całą pewnością (i to ściągający juniorów z całego świata) Orange Bowl. Impreza zyskała już tak wysoką rangę, że została nazwał nieoficjalnymi mistrzostwami świata tenisistów do lat 18.
Pierwsza edycja tych zawodów rozegrana została w 1947. Zawdzięczamy to Eddiemu Herr, który chciał zorganizować zimową imprezę swojej córce, Suzanne. Orange Bowl z roku na rok miał większy prestiż, odgrywał (i odgrywa) ważną rolę w rozwoju młodych graczy. Obecnie rywalizuje się w czterech grupach wiekowych, do lat 12, 14, 16 i 18, a od 1999 jako miejsce rozgrywania widnieje Crandon Park na Key Biscane, czyli słynny kompleks kortów, na którym rozgrywa się jeden z najważniejszych turniejów w roku, Sony Open Tennis.
Patrząc na historię Orange Bowl, to można odnotować udział bardzo znanych w późniejszych latach tenisistów. Wygraną tutaj zapisali na swoje konto m.in. Chris Evert, Bjorn Borg, John McEnroe, Mary Joe Fernandez, czy Ivan Lendl.
Nie zawsze jednak imprezy takie jak te są trampoliną do sukcesów w rozgrywkach seniorskich, a czasami jest zupełnie inaczej niż powinno, słuch o dobrych, a nawet bardzo dobrych juniorach ginie, lub nie mogą się oni kompletnie odnaleźć w "poważnych" rozgrywkach. Jest to coraz częstsze zjawisko, patrząc na listę triumfatorów z poprzednich lat. Na palcach jednej ręki można policzyć graczy, którzy zapisują się w pamięci WTA i ATP swoimi udanymi występami. W XXI wieku są to Caroline Wozniacki, była liderka rankingu i... to by było na tyle. Oczywiście, nie należy zapominać np. o Marcosie Baghdatisie, czy Verze Dushevinie, ale sami przyznacie, że odbiegają oni bardzo poziomem od triumfatorów chociażby z 1998 roku - Rogera Federera i Eleny Dementievej.
Większość nazwisk już zupełnie nieznanych (mówię tu np. o takich osobach jak Nikola Hofmanova, czy Petry-Alexandru Luncanu). Niektórzy tylko migną nam przed oczami (jak np. Jessica Kirkland, która w 2005 roku pokonała 6:0 6:1 Marion Bartoli), lub próbują zaistnieć nie tylko swoimi umiejętnościami tenisowymi, jak Portugalka Michelle Larcher de Brito. Poza tym znaczna część triumfatorów Orange Bowl gra na dosyć przeciętnym poziomie, ale ich nazwiska mogą być zapamiętane. Mowa tu m.in. o Gabrieli Dabrowski, Dominicu Thiem, Ricardasie Berankisie, czy Lauren Davis. Dwie ostatnie postacie zanotowały nawet występy w pierwszej setce rankingu.
Jak widać po podanych przeze mnie przykładach, triumf w nie tylko tej, ale różnego rodzaju imprezach juniorskich, nie przynosi zawsze pozytywnego odzwierciedlenia w późniejszej, profesjonalnej karierze seniorskiej. Czasami jest wręcz przeciwnie, widać, że próby "rozegrania się" przed poważniejszymi występami dają tylko negatywne rezultaty. Wystarczy tylko spojrzeć na obecną czołówkę rankingu, zarówno wśród pań, jak i panów, a widać, że nie byli oni orłami w młodości, lub w ogóle stronili od tego typu występów. I jak widać, wyszło im to na dobre.
W tym roku wśród chłopaków startowało aż trzech naszych reprezentantów - Philip Gresk, Jan Zieliński i ten, z którym wiązaliśmy największe nadzieje, czyli Kamil Majchrzak, który dotarł do 3. rundy, przegrywając z Naoki Nakagawą. Ale jak już wspomniałem kilka linijek wcześniej, nie należy się tym zamartwiać. Całą rywalizację dosyć niespodziewanie wygrał 15-letni reprezentant Stanów Zjednoczonych, Francis Tiafoe, który w decydującym meczu pokonał Stefana Kozlova. Nie dość, że został on najmłodszym triumfatorem Orange Bowl w historii (oczywiście cały czas mowa o kategorii do lat 18), to historia jego osoby jest bardzo ciekawa i zachęcam do poszukania informacji na jego temat.
Wśród pań żadnej poważnej niespodzianki nie odnotowano, wygrała "jedynka", Rosjanka Varvara Flink, której nazwisko już kiedyś można było usłyszeć. Ograła ona w finale "dwójkę", Serbkę Ivanę Jorovic.
Jak co roku, ciekaw jestem, jak w niedalekiej przyszłości potoczą się losy triumfatorów Orange Bowl. Oczywiście chcę, żeby imponowali oni takimi rezultatami również za kilka lat. Ale to nie ode mnie zależy, ważna jest tu zarówno psychika, jak i przygotowanie fizyczne. Nie ma też żadnych wątpliwości, że sami zainteresowani chcą być znani dłużej i dorównać swoim idolom, których na pewno mają. Potrzeba tylko przezwyciężyć swoje słabości, bo każdy wie, że droga do sławy to nie jest autostrada i żeby dojechać do upragnionego celu trzeba zawsze uważać i nie poddawać się, właśnie mimo różnych przeciwności losu. Na szczęście osoby takie jak Tiafoe, czy Flink mają marzenia i dążą do ich spełnienia, a to już z całą pewnością jest ponad połowa sukcesu.
czwartek, 12 grudnia 2013
(Sparing)partner do wszystkiego.
O takich osobach mówi się bardzo mało, bardzo rzadko, lub wcale. Zazwyczaj słyszymy, że oni są, a nie wiemy, jak się nazywają. Jednak mamy czasami do czynienia z wyjątkami, o których możemy przeczytać, i nie zawsze są to miłe i przyjemne sytuacje. W tym przypadku pierwszy do głowy przychodzi mi 30-letni były reprezentant Monako, Thomas Drouet, który miał "szczęście" przez pewien okres być sparingpartnerem obiecującego i zarazem zbuntowanego Australijczyka Bernarda Tomica. Sam gracz jednak nie zawinił, a okazał się nim jego ojciec, John, który podczas tegorocznej wyprawy do Madrytu pobił Droueta, łamiąc mu nos i uszkadzając kręgi szyjne. Inną ciekawą postacią na tym stanowisku jest niegdyś 130. w rankingu tenisistów, Niemiec Dieter Kindlmann. Otóż podczas jednego z wywiadów wyznał, że w umowie o pracę zawartej z samą Marią Sharapovą ma... zakaz uprawiania seksu. Tak, z Rosjanką. Za złamanie tej zasady grozi mu bardzo wysoka kara pieniężna.
Jak widać, różne losy mogą spotkać osoby podejmujące się tej pracy. Jednak nie zawsze są one mało przyjemne, i z tenisistką, z którą się pracuje, można się zaprzyjaźnić i ufać jej bezgranicznie. Wydaje się to niemożliwe, ale wystarczy tylko spojrzeć na postać Aleksandra "Saschy" Bajina.
Urodził się on w Serbii, ale dorastał na południu Niemiec, w Monachium. Podobnie jak większość sparingpartnerów, grał profesjonalnie w tenisa. Był nawet bardzo obiecującym juniorem, ale szanse na poważny rozwój kariery zostały zaprzepaszczone po śmierci jego ojca w wypadku samochodowym, kiedy kompletnie stracił motywację do gry. Swoje występy "zatrzymał" na etapie futuresów, w których, nie oszukujmy się, nie popisywał się. Jego najlepszą pozycją w rankingu była 1149. w 2007 roku. W tym samym sezonie podpisał, jak się później okazało, najlepszy z możliwych dla niego kontraktów - z obecną liderką rankingu, Sereną Williams.
Na początek nie był jednak przekonany co do tego typu zajęcia. Pracę u Amerykanki otrzymał zupełnie przypadkiem, i żeby było ciekawiej, nie zgodził się od razu. Propozycję otrzymał telefonicznie, kiedy był na jakiejś imprezie. Zadzwonił do niego Jovan Savic, były partner tenisowy Sereny, reprezentujący kiedyś na korcie barwy Jugosławii. Na początku Sasha nie zgodził się, jednak w miarę rozkręcania się imprezy człowiekowi łatwiej podejmować różne (czasami dziwne) decyzje. Tak było i tym razem, i pierwsze wspólne treningi miały miejsce przed wielkoszlemowych French Open 2007. Od tego momentu oboje poczuli, że są dla siebie "stworzeni". On robił wszystko, co chciała Serena, ona była bardzo zadowolona z tej współpracy.
O tym, jak ważną osobą dla Sereny jest Bajin, widzimy różnie w filmie o siostrach Williams. Jest on dla niej nie tylko trenerem, ale też terapeutą, ochroniarzem, chłopcem na posyłki, powiernikiem, doradcą, naciąga rakiety, i co najważniejsze, naśladuje styl gry jej największy rywalek. Jest przy wzlotach i upadkach Amerykanki, kiedy zdobywała dziewięć tytułów wielkoszlemowych i złota olimpijskie, ale też, gdy walczyła o życie w szpitalu, mając zakrzep krwi. Są jak rodzina, to dla niej starszy brat. Williams podczas dramatycznej porażki w pierwszej rundzie French Open 2012 zamknęła się w sobie, non-stop płakała, chciała rozmawiać tylko z Sashą, bo wiedziała, że nikt inny w tej chwili tak jej nie zrozumie, nie wysłucha i nie pomoże.
"Big Sascha", bo tak mówią na niego najbliżsi (ale sam też siebie tak nazywa) również odnalazł w Amerykance bratnią duszę. Wyłącznie jej zwierza się z najbardziej krępujących i intymnych sekretów, nie opuszcza jej na krok, robi jej nawet zakupu, a gdy razem chcą się zrelaksować, śpiewają karaoke - ulubione zajęcie mistrzyni z Saginaw. Bajin robi wszystko, aby jak najlepiej zmotywować Amerykankę. Potrafi nawet wejść na kort i zatańczyć, aby jego "podopieczna" poczuła się zrelaksowana. Sama Serena mówi, że jest on psychiczny, pozytywnie stuknięty, ale uwielbia to w nim i napędza ją to do jeszcze większej, bardziej wytężonej pracy. Poza "rozpieszczaniem" Sasha wie też, kiedy młodsza siostra jej zła i nie chce z nikim rozmawiać, rozumieją się po prostu bez słów.
Jak to w każdym duecie tego typu, zdarzają się też mniejsze lub większe sprzeczki. Amerykanka pewnego razu bardzo zdenerwowała się, gdy Bajin powiedział w żarcie, że podczas jej nieobecności na korcie z powodów zdrowotnych, będzie trenował z Australijką Jeleną Dokic. Był też bardzo blisko wyrzucenia z pracy, w szczególności, gdy nie grała dobrze przy własnej publiczności. Podczas tego poświęcenia, jakim jest trening z liderką rankingu, cierpią bardzo również jego sprawy osobiste. Nie ma on czasu na związek z dziewczyną, założenie rodziny, a w domu bywa bardzo rzadko, z matką widuje się jedynie dwa razy w roku. Mimo tego, cały czas nie żałuje swojego wyboru.
Jako opiekun najlepszej, czyli zarazem najbogatszej tenisistki na świecie, sam nie może narzekać na swoje zarobki. Ma on godną pensję, która zaspokoi prawie każdą jego potrzebę. Są opłacone też jego wszystkie podróże po całym świecie, a także posiada wejściówki na różne imprezy kulturalne, w szczególności koncerty.
Nikt nie ma wątpliwości, że ta praca go wciągnęła. Sam wspomina, że po zakończeniu kariery przez Serenę, będzie starał się pracować z inną tenisistką, bo właśnie do takich celów, do takiej pomocy się urodził i w pełni go to satysfakcjonuje. Pytanie tylko, czy z kolejną podopieczną nawiąże tak fantastyczną więź, relację już nie pracownik-pracodawca, a przyjaciel-przyjaciółka. Jak dla mnie jedno jest pewne, Sasha i Serena nie zakończą kontaktu między sobą tak po prostu, bez żadnych powodów, nie wierzę nawet, że kłótnia doprowadzi do czegoś podobnego. Może inni sparingpartnerzy powinni brać z niego przykład? To też zależy od ich charakterów, bo pewne jest, że nie wszyscy chcieliby być tak rozpoznawalni jak on i ich zadanie to poświęcenie się w pełni treningom. Ciężko jednak znaleźć inną osobę na tym szczeblu, która bardzo dobrze dzieli dwie kwestie - pomoc Serenie Williams w osiągnięciu jak najlepszej dyspozycji i "bywanie" na różnego rodzaju eventach, czy "ćwierkanie" na różnych portalach społecznościowych.
Jak widać, różne losy mogą spotkać osoby podejmujące się tej pracy. Jednak nie zawsze są one mało przyjemne, i z tenisistką, z którą się pracuje, można się zaprzyjaźnić i ufać jej bezgranicznie. Wydaje się to niemożliwe, ale wystarczy tylko spojrzeć na postać Aleksandra "Saschy" Bajina.
Urodził się on w Serbii, ale dorastał na południu Niemiec, w Monachium. Podobnie jak większość sparingpartnerów, grał profesjonalnie w tenisa. Był nawet bardzo obiecującym juniorem, ale szanse na poważny rozwój kariery zostały zaprzepaszczone po śmierci jego ojca w wypadku samochodowym, kiedy kompletnie stracił motywację do gry. Swoje występy "zatrzymał" na etapie futuresów, w których, nie oszukujmy się, nie popisywał się. Jego najlepszą pozycją w rankingu była 1149. w 2007 roku. W tym samym sezonie podpisał, jak się później okazało, najlepszy z możliwych dla niego kontraktów - z obecną liderką rankingu, Sereną Williams.
Na początek nie był jednak przekonany co do tego typu zajęcia. Pracę u Amerykanki otrzymał zupełnie przypadkiem, i żeby było ciekawiej, nie zgodził się od razu. Propozycję otrzymał telefonicznie, kiedy był na jakiejś imprezie. Zadzwonił do niego Jovan Savic, były partner tenisowy Sereny, reprezentujący kiedyś na korcie barwy Jugosławii. Na początku Sasha nie zgodził się, jednak w miarę rozkręcania się imprezy człowiekowi łatwiej podejmować różne (czasami dziwne) decyzje. Tak było i tym razem, i pierwsze wspólne treningi miały miejsce przed wielkoszlemowych French Open 2007. Od tego momentu oboje poczuli, że są dla siebie "stworzeni". On robił wszystko, co chciała Serena, ona była bardzo zadowolona z tej współpracy.
O tym, jak ważną osobą dla Sereny jest Bajin, widzimy różnie w filmie o siostrach Williams. Jest on dla niej nie tylko trenerem, ale też terapeutą, ochroniarzem, chłopcem na posyłki, powiernikiem, doradcą, naciąga rakiety, i co najważniejsze, naśladuje styl gry jej największy rywalek. Jest przy wzlotach i upadkach Amerykanki, kiedy zdobywała dziewięć tytułów wielkoszlemowych i złota olimpijskie, ale też, gdy walczyła o życie w szpitalu, mając zakrzep krwi. Są jak rodzina, to dla niej starszy brat. Williams podczas dramatycznej porażki w pierwszej rundzie French Open 2012 zamknęła się w sobie, non-stop płakała, chciała rozmawiać tylko z Sashą, bo wiedziała, że nikt inny w tej chwili tak jej nie zrozumie, nie wysłucha i nie pomoże.
"Big Sascha", bo tak mówią na niego najbliżsi (ale sam też siebie tak nazywa) również odnalazł w Amerykance bratnią duszę. Wyłącznie jej zwierza się z najbardziej krępujących i intymnych sekretów, nie opuszcza jej na krok, robi jej nawet zakupu, a gdy razem chcą się zrelaksować, śpiewają karaoke - ulubione zajęcie mistrzyni z Saginaw. Bajin robi wszystko, aby jak najlepiej zmotywować Amerykankę. Potrafi nawet wejść na kort i zatańczyć, aby jego "podopieczna" poczuła się zrelaksowana. Sama Serena mówi, że jest on psychiczny, pozytywnie stuknięty, ale uwielbia to w nim i napędza ją to do jeszcze większej, bardziej wytężonej pracy. Poza "rozpieszczaniem" Sasha wie też, kiedy młodsza siostra jej zła i nie chce z nikim rozmawiać, rozumieją się po prostu bez słów.
Jak to w każdym duecie tego typu, zdarzają się też mniejsze lub większe sprzeczki. Amerykanka pewnego razu bardzo zdenerwowała się, gdy Bajin powiedział w żarcie, że podczas jej nieobecności na korcie z powodów zdrowotnych, będzie trenował z Australijką Jeleną Dokic. Był też bardzo blisko wyrzucenia z pracy, w szczególności, gdy nie grała dobrze przy własnej publiczności. Podczas tego poświęcenia, jakim jest trening z liderką rankingu, cierpią bardzo również jego sprawy osobiste. Nie ma on czasu na związek z dziewczyną, założenie rodziny, a w domu bywa bardzo rzadko, z matką widuje się jedynie dwa razy w roku. Mimo tego, cały czas nie żałuje swojego wyboru.
Jako opiekun najlepszej, czyli zarazem najbogatszej tenisistki na świecie, sam nie może narzekać na swoje zarobki. Ma on godną pensję, która zaspokoi prawie każdą jego potrzebę. Są opłacone też jego wszystkie podróże po całym świecie, a także posiada wejściówki na różne imprezy kulturalne, w szczególności koncerty.
Nikt nie ma wątpliwości, że ta praca go wciągnęła. Sam wspomina, że po zakończeniu kariery przez Serenę, będzie starał się pracować z inną tenisistką, bo właśnie do takich celów, do takiej pomocy się urodził i w pełni go to satysfakcjonuje. Pytanie tylko, czy z kolejną podopieczną nawiąże tak fantastyczną więź, relację już nie pracownik-pracodawca, a przyjaciel-przyjaciółka. Jak dla mnie jedno jest pewne, Sasha i Serena nie zakończą kontaktu między sobą tak po prostu, bez żadnych powodów, nie wierzę nawet, że kłótnia doprowadzi do czegoś podobnego. Może inni sparingpartnerzy powinni brać z niego przykład? To też zależy od ich charakterów, bo pewne jest, że nie wszyscy chcieliby być tak rozpoznawalni jak on i ich zadanie to poświęcenie się w pełni treningom. Ciężko jednak znaleźć inną osobę na tym szczeblu, która bardzo dobrze dzieli dwie kwestie - pomoc Serenie Williams w osiągnięciu jak najlepszej dyspozycji i "bywanie" na różnego rodzaju eventach, czy "ćwierkanie" na różnych portalach społecznościowych.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




