czwartek, 6 lutego 2014

Zmiany, zmiany...

Niedawno w kalendarzu WTA na ten sezon pojawiła się istotna zmiana. Z tenisowego "cyrku" wyleciał turniej Hungarian Grand Prix w Budapeszcie, a na jego miejsce wskoczyła impreza Bucharest Open w stolicy Rumunii. Będzie ona rozgrywana w pierwszym tygodniu po Wimbledonie, na tych samych kortach, na jakich grają panowie w kwietniowym BRD Nastase Tiriac Trophy. Można powiedzieć, że wreszcie do tego państwa zawitał turniej z prawdziwego zdarzenia. Do tej pory znany był tylko z imprez ITF-owskich, chociaż jedna z nich była dość dobrze notowana, a wygrywały wtedy m.in. Petra Cetkovska, Andrea Petkovic, czy Jelena Dokic. Ostatnia edycja miała miejsce w 2012. Na zmianie zawodów tracą oczywiście Węgry. Przez 18 lat wygrywały tu takie sławy jak Virginia Ruano Pascual, Jelena Jankovic, czy Magdalena Maleeva. W ubiegłym roku triumfowała tu Simona Halep i być może to było jedną z przyczyn tych zmian.

Poza wspólną granicą te kraje chyba (patrząc na kwestie tenisowe) nie mają nic wspólnego. Na Węgrzech poważny kryzys. Nie ma już śladu po bardzo dobrych niegdyś tenisistkach. Mało osób pamięta o Zsuzsy Kormoczy, nieżyjącej już, która w 1958 wygrała French Open, a rok później dotarła do finału. Największa chyba gwiazda, najbardziej rozpoznawalna, Andrea Temesvari, była najwyżej 7. w rankingu, ale nigdy w wielkim szlemie w singlu nie przebrnęła 4. rundy (w deblu z Navratilovą wygrały FO '86). Warto tu też przytoczyć dwie zawodniczki, które niedawno zakończyły kariery - Gretę Arn i Agnes Szavay. Mimo że nie plasowały się na czołowych miejscach, to i tak prezentowały się o wiele lepiej niż ich rodaczki. Obecnie najwyżej sklasyfikowaną Węgierką jest Timea Babos (83. miejsce). Potem długo, długo nic i... Melinda Czink (247.) oraz Reka-Luca Jani (253.). Dalej już przepaść.

Co innego w Rumunii, gdzie tenis kobiecy przeżywa prawdziwy renesans. Aż miło teraz wspominać czasy Virginii Ruzici, która wygrała Roland Garros w 1978 (pokonując Mimę Jausovec, w parze z nią wygrała debel), czy Florenty Mihai, która była finalistką tych zawodów rok przed rodaczką. Okres trochę bliższy nam to też sukcesy chociażby Ruxandry Dragomir, a przede wszystkim Iriny Spirlei. Rumunka osiągnęła ćwierćfinał Australian Open i US Open w 1997. Wcześniej wspomniana Simona Halep nawiązuje przede wszystkim do pierwszej i ostatniej z wyżej wymienionych i miała zaszczyt zostać trzecią Rumunką, która weszła do czołowej dziesiątki (Ruzici była 8., Spirlea - 7.). 22-latka kiedyś była znana tylko z dużego biustu. Teraz zdecydowanie przeżywa swoją drugą młodość, w ubiegłym sezonie wygrała pierwszą imprezę rangi WTA, a razem takich triumfów zanotowała aż sześć i w ilości zwycięstw ustąpiła tylko Serenie Williams. WTA przyznało jej też nagrodę za największe postępy.

Oprócz niej, w pierwszej setce są jeszcze trzy koleżanki: Sorana Cirstea, jej największym osiągnięciem był finał turnieju Premier 5 w Toronto z Sereną Williams; Monica Niculescu, triumfowała rok temu we Florianopolis, jej dziwny styl gry, oparty na częstym slajsie forhendowym sprawia kłopoty większości. I wreszcie Alexandra Cadantu, która grała m.in. w półfinale w Katowicach. Do nich śmiało możemy dopisać dwie panie powracające po kontuzjach - Irinę-Camelię Begu i Alexandrę Dulgheru, znaną w Polsce bardzo dobrze dzięki występom w J&S Cup. Co więcej, każda z tych pań jest stosunkowo młoda (najstarsza 27 lat; reszta średnio 23), co pokazuje, że w tym kraju postęp idzie w dobrym kierunku, a niżej w rankingach mamy dużo (ok. 13) pań-juniorek, które dopiero wkraczają w pełnoletność. Bez dwóch zdań, zabezpieczenie na przyszłość jest.

Niejako na osłodę Węgry przejęły od Izraela (wreszcie) prawo do rozgrywania spotkań Fed Cup I Grupy Euroafrykańskiej. I "dziwnym" trafem właśnie dwie opisywane nacje spotkały się w jednej grupie i zagrały mecz przeciwko sobie już na początku. Pora jednak na trochę historii. Drużyny te do tej pory grały ośmiokrotnie, Węgierki wygrały raz, w 1993. Skład Virag Csurgo (?), Agnes Gee (?), Kate Gyroke (?), odprawił 2:1 Isabelę Martin i Ruxandrę Dragomir. O dziwo, takim samym wynikiem zakończył się tegoroczny bój, wygrały jednak Rumunki. Oba kraje teraz wystawiły swoje najmocniejsze drużyny (wiemy, jak to wygląda, porównując je). Co ciekawie, zawiodła ta, na papierze (i chyba w rzeczywistości) najmocniejsza, czyli Halep, ulegając w trzech setach Timei Babos. Gorąco było też w deblu, gdzie faworytki wróciły do gry po przegraniu pierwszej partii. Oba kraje czekają jeszcze potyczki z Wielką Byrtanią i Łotwą.

W lipcu dowiemy się, czy zmiana, która kilka dni temu nastąpiła, jest na lepsze. Moim zdaniem, tak. Turniej będzie rozgrywany na większym obiekcie, z większą też tradycją. Pozwoli ona na jeszcze większe rozpropagowanie tenisa w tym kraju (chociaż takie przydałoby się też na Węgrzech). Kto wie, może za jakiś czas rozgrywki męskie i kobiece będą połączone, jak chociażby w Oeiras. To nie byłą jedyna zmiana w tym sezonie. Dłuższy czas słyszeliśmy o kłopotach pieniężnych Brukseli (tydzień przed FO). Próbowano nawet zmniejszyć rangę imprezy z Premier na International, bezskutecznie. Na jej miejsce wskoczyła Norymberga, dotychczas umiejscowiona tuż po paryskim wielkim szlemie. Pozostaje jeszcze jedna niewiadoma, w 34. tygodniu, oprócz turnieju w New Haven znajduje się "to be determined". A więc oczekujemy.
I znów podczas takich rozważań jak mantra wraca problem imprez w Azji. Dokładnie 10 lat temu, w kalendarzu było 6. imprez na tym kontynencie, tylko jedna rangi Premier. Teraz turniejów tam jest 11., w tym jeden Premier 5, jeden Premier Mandatory, no i od tego sezonu, mistrzostwa WTA. Pozostaje tylko usiąść, załamać się i jesienią patrzeć na pustki na wielkich obiektach lub tych zamurowanych wyglądających jak więzienie, gdzie słychać tylko przerażające echo odbijanych z uporem maniaka piłek.

Simona Halep triumfująca w ostatniej edycji Hungarian Grand Prix.

niedziela, 2 lutego 2014

Australia od kuchni.

Podczas gdy na europejskich wielkich szlemach królowała opisywana w poprzednim poście Suzanne Lenglen, turnieje tej rangi rozgrywane były na dwóch innych kontynentach. O ile obsada w USA była jeszcze jako taka, to w Australii była ona, jak na tamte czasy, bardzo marna, królowali gospodarze, jak Daphne Akhurst i Anthony Wilding. Trudno było się temu dziwić, jeśli podróż statkiem trwała w te rejony z naszego kontynentu ponad 40 dni, a bracia Wright wynaleźli coś takiego jak maszyna latająca w 1903, dwa lata przed pierwszą edycją Mistrzostw Australazji. Właśnie tak przez pierwsze 22 lata nazwany został ten turniej, potem zmieniony na Mistrzostwa Australii, aby niejako na cześć utworzenia Ery Open, od 1969 rozgrywać tę imprezę jako Australian Open. Co do premierowej odsłony tych zawodów, w męskim finale wystąpili Rodney Heath i Arthur Curtis, a frekwencja wyniosła 5 tys. osób. Mimo że ten wielki szlem jako jedyny zaczął pisać tradycje już w XX wieku, to jego historia jest równia bogata (jeśli nie bogatsza i jak się potem okaże - dramatyczniejsza) jak tych pozostałych turniejów. Czas to sprawdzić.

Po pierwsze, bardzo często zmieniały się miejsca, gdzie te zawody rozgrywano. Oprócz Melbourne, które organizuje ten szlem już nieprzerwanie od 1972 roku, grano też w Sydney, Adelajdzie, Brisbane, Perth, a także w dwóch nowozelandzkich miejscowościach - Christchurch w 1906 (wygrał wtedy urodzony tam A. Wilding) i Hastings w 1912. Trzy ostatnie mieściny w szczególności nie cieszyły się popularnością, ale z frekwencją nigdy nie było za ciekawie. Łagodnie mówiąc widzów brakowało, a było to spowodowane rozgrywaniem odrębnych turniejów, wówczas z większą tradycją, jak np. Mistrzostwa Wiktorii. Niemałego zawrotu głowy możemy też dostać patrząc na zmiany terminów tych rozgrywek. Był styczeń, ale też marzec i nawet sierpień. W latach 1924-1977 powrócono do grania w pierwszym miesiącu roku. Ale podczas sezonu '77 odbyły się dwie edycje, bo zawody postanowiono "cofnąć" na grudzień. Ta zmiana trwała do 1987, kiedy wrócono na styczeń. Dlatego rok 1986 to rok bez Australian Open.

Sezon, kiedy ostatecznie wrócono do pierwotnego rozgrywania wielkiego szlema był też ostatnim, w którym grano na nawierzchni trawiastej na słynnym Kooyongu. Ostatnim meczem tam był finał między Stefanem Edbergiem a Patem Cashem. (Dzisiaj rozgrywa się tam słynną pokazówkę) Australian Open przeniesiono wtedy do Melbourne Park, który wcześniej był znany jako Flinders Park. Pierwszą edycję tam wygrał obecny ekspert Eurosportu, Mats Wilander, "przy okazji" zapisując się do historii. Jest to jedyny zawodnik triumfujący tu na obu nawierzchniach. Co do pokrycia kortu, było ono bardzo wolne (typ Rebound Ace). Zmiany dokonano jednak dopiero w 2008, na Plexicushion, co za tym idzie pojawił się też nowy kolor, niebieski, zamiast zielonego, gdzie słabo było widać nadlatujące piłki. W trakcie rozgrywania Australian Open w pamięci kibiców zapisało się wiele ciekawych momentów. Pora je też przedstawić.

O tym, jaki temperament na korcie miał John McEnroe to chyba wszyscy wiedzą. Miarka przebrała się w meczu z Mikaelem Pernforsem w 1990. Amerykanin uderzył piłką w plecy swojego przeciwnika, nakrzyczał na matkę z płaczącym dzieckiem, straszył sędzinę liniową. Za te wybryki został (wreszcie) zdyskwalifikowany i tego pojedynku nie dokończył. Dwa lata później w finale zmierzyli się Jim Courier i Stefan Edberg. Trener zawodnika zza oceanu powiedział, że gdy jego podopieczny wygra, wskoczą do rzeki Yarry (którą swoją czystością nie powala, krótko mówiąc). Courier wygrał, słowa dotrzymano, kąpiel zaliczona. Woda w roli głównej była też w 1995. Podczas meczu Andre Agassiego i Aarona Kricksteina, przy prowadzeniu bardziej utytułowanego z nich 6:4 6:4 3:0 zaczęło padać. I to nie byle jak. Nie pomógł nawet zasuwany dach, deszcz zalał korty, które zamieniły się w basen (MŚ w pływaniu dopiero w 2007...). Nie zraziło to jednak organizatorów, uporali się z tym poważnym problemem i dzień późniejpo australijskiej powodzi nie było już śladu. Co do meczu, Krickstein skreczował i nie wyszedł już, by dokończyć spotkanie.

Kolejne wydarzenia to już XXI wiek. W 2003 mamy do czynienia ze świetnym widowiskiem w wykonaniu Andy'ego Roddicka i Younesa El Aynaoui. W finale pań spotkały się siostry Williams, a ze względu na wysoką temperaturę (43 stopnie) nad areną zasunięto dach. Problemy zdrowotne młodszej z sióstr trzy lata później sprawiły, że podczas AO 2007 sklasyfikowana była na 81. pozycji. Po drodze pokonała m.in. Petrovą (6.), Jankovic (7.), a w decydującym meczu nie dała żadnych szans dwójce, Marii Sharapovej (6:1 6:2). Po tym występie awansowała na 14. miejsce. Ta impreza jest obfita w niesamowite spotkania. W 2008 Lleyton Hewitt i Marcos Bagdathis skończyli pojedynek o... 4.34 rano czasu miejscowego! Trzy lata później horror rozegrały Francesca Schiavone i Svetlana Kuznetsova, który trwał 4h 44 minuty, w 3. partii Włoszka wygrała 16:14, mecz stał się najdłuższym w całej historii Wielkiego Szlema. No i ten finał 2012 między Djokovicem a Nadalem...

Najstarszym triumfatorem w singlu jest Ken Rosewall, który miał w dniu triumfu 38 lat i 3 miesiące. Najmłodszą jest Martina Hingis, która gdy w 1997 pokonywała Mary Pierce miała 16 lat i 3 miesiące. 
Kolejnym problemem, który trapi organizatorów są upały, ale o tym jakiś czas temu pisałem. Są też wnioski, nawet od najlepszych graczy, aby zmienić termin rozgrywek na luty. Spowodowane jest to tym, że trudno im dostosować się do odpowiedniego rytmu gry po przerwie między sezonami. A i chłodniej by było... Wiszą też groźby (ciekawie ile w tym prawdy) nad zmianą lokalizacji turnieju. Chęć przejęcia złożyło Sydney (Glebe Island), a miałoby to nastąpić po 2016, czyli wygaśnięciu licencji dla Melbourne. Jeszcze głośniej jest w tej sprawie po wygraniu singla pań przez Chinkę Li Na. Jak wiemy, jest to Szlem Azji i Pacyfiku i można było słyszeć pogłoski, aby przenieść go do Azji. Co ciekawe, na jesieni ubiegłego roku właśnie po tym kontynencie odbyła się "wycieczka" trofeów, jakie można zdobyć za wygranie singla. Patrząc na to, ile oni mają pieniędzy, to problemem to nie jest, ale chodzi tu przede wszystkim o tradycje i kibiców australijskich, którzy są niezastąpieni, a wiemy, jak to jest z tą kwestią w Państwie Środka. Aż chciałoby się zaśpiewać niczym Grzegorz Turnau "Nie przenoście nam Australian Open do Chin!"


Trofea za zdobycie mistrzostwa, po lewej pań (Daphne Akhurst Memorial Cup), po prawej panów (Norman Brookes Challenge Cup)

środa, 29 stycznia 2014

Pierwsza diva tenisa.

Już od kilkudziesięciu lat WTA przyznaje na koniec sezonu nagrody dla wybitnie wyróżniających się tenisistek cyklu. Kategorie są różne, począwszy od zawodniczki roku, na nagrodzie za pomoc humanitarną kończąc. Nawet my mamy powody do zadowolenia, trzy razy z rzędu ulubioną tenisistką w głosowaniu kibiców została Agnieszka Radwańska. Bardzo rzadko zdarza się taka sytuacja, że jedna tenisistka dostaje kilka wyróżnień w ciągu jednego roku. Zupełnie inaczej byłoby, gdyby podobne nagrody przyznawano na początku XX wieku, kiedy tenis już stał się sportem popularnym, rozgrywano Wielkie Szlemy. Wśród pań rządziła wtedy jedna zawodniczka, która w trakcie swojej kariery zgarnęła prawie wszystko, przez rodzimą prasę została nazwana właśnie pierwszą divą tenisa. Mowa tu o "boskiej Zuzannie", czyli Suzanne Lenglen.

Samo jej pojawienie się na korcie przed meczem było owiane nutką tajemniczości, poruszała się dostojnie, zawsze ubrana w futro. Widzowie często nawet wstawali z miejsc, aby ją powitać, tak była dla nich ważna. Do historii zapisał się jej lekko ekstrawagancki styl ubioru, pod wspomnianym futrem nosiła sukienkę sięgającą do połowy łydki z odkrytymi ramionami, długie pończochy. Suzanne zawdzięcza grę w tenisa swojemu ojcu, Charlesowi, który oprócz tego, że był zamożnym kupcem, pasjonował się sportem. Chciał, aby jego córka została najlepszą tenisistką świata, co było jego celem numer jeden na najbliższe lata. Jego trenerskie metody mogą podchwycić dzisiejsi szkoleniowcy. Otóż kładł on chusteczkę w różnych miejscach kortu i kazał małej Lenglen w nią trafiać. Na zawsze został on jej jedynym nauczycielem, przychodzili na mecze, aby Suzanne mogła zobaczyć mistrzów tenisa i móc się na nich wzorować.

Lenglen była jednak indywidualnością, nie chciała nikogo kopiować. Jedyną rzeczą, którą podchwyciła do swojego repertuaru był forhend Anthony'ego Wildinga. Ojciec-trener jednak wspierał ją też w trakcie pojedynków. Zapamiętane zostały momenty, kiedy podawał jej... koniak wymieszany z wodą i cukrem. Francuzka podobno przychodziła później też z małą piersiówką, z której od czasu do czasu popijała.
Pierwszy wielki sukces odnotowała już mając 15 lat, wygrała wtedy World Hard Court Championships w Saint-Cloud (niech was nazwa nie zmyli, grano na ziemi). W tym samym roku awansowała do finału French Open. Rozwój jej kariery został wstrzymany przez wybuch I Wojny Światowej. Przerwa ta nie wyrządziła dla niej żadnej szkody. W pierwszym turnieju Wielkiego Szlema po tej wymuszonej pauzie, Wimbledonie, rozegrała jeden z najlepszych finałów, nie boję się powiedzieć, po dziś dzień. Lenglen pokonała w finale reprezentantkę gospodarzy, Doroteę Chambers 10:8 4:6 9:7 broniąc dwóch piłek meczowych (jedna piłka uderzona przez Lenglen szczęśliwie przetoczyła się po taśmie, druga, zagrana przez Chambers została zatrzymana przez... taśmę!). Mecz oglądała rodzina królewska.

Lenglen jako jedna z pierwszych prezentowała "męski" styl gry. Grała wyłącznie z głębi kortu, za to bardzo regularnie, rzadko się myląc. Jej domeną był silny, szybki serwis i forhend. Na korcie nigdy nie mogła ustać w miejscu - cały czas poruszała się, skakała. Inny słynny rodak, Rene Lacoste stwierdził, że "była władczynią tenisowych placów". Stała się wzorem do naśladowania dla młodych dziewczyn, była oblegana przez fotografów, czy zwykłych ludzi proszących o autograf, jej przyjazd szczególnie na Wimbledon zawsze był opisywany w gazetach, na ówczesnych billboardach, tłumy czekały przed jej hotelami, blokowały przejazd jej limuzyny. Jeszcze bardziej polubiono ją, gdy sama wnioskowała o zmianę systemu rozgrywek z tzw. "challenge round", gdzie obrońca tytułu grał tylko w jednym meczu o mistrzostwo, na ten obecny dzisiaj. Pomysł ten poddano głosowaniu, został przegłosowany za drugim razem, w 1922 roku.

Mówiąc o dramatycznych pojedynkach w historii tenisa z całą pewnością nie należy zapomnieć o tym, rozegranym podczas turnieju Carlton w Cannes, gdzie 17.02.1926 spotkały się właśnie Lenglen z Helen Wills. Suzanne od początku była zdenerwowana, nie prezentowała pełni swoich możliwości. Przy stanie 6:3 6:5 40-15 dla Francuzki, Wills zagrywa kros forhendowy, piłka upada blisko linii, sędzia główny wygłosił aut i zakończył mecz, ale liniowy protestował mówiąc, że piłka była dobra. Panie musiały kontynuować mecz i tę grę nerwów zakończyła na swoją korzyść Lenglen (8:6). Ten sezon był też ostatnim, gdzie tak dominowała Suzanne. Do tej pory wygrała 81 turniejów singlowych, w tym 12 Wielkich Szlemów); 73. triumfy deblowe (tyle samo Wielkich Szlemów, co w singlu). W 1920 zdobyła też trzy medale podczas Igrzysk Olimpijskich w Antwerpii - złoto w grze pojedynczej i mikście, brąz w grze podwójnej. Można wyczytać, że Francuzka nie przegrywała dwanaście lat. Co więcej, niektóre źródła mówią, że w latach 1920-1926 nie straciła nawet seta!

Stan fizyczny Lenglen pogarszał się. Nie była już tak mocna jak w okresie wspomnianej dominacji. Do tego wszystkiego doszła jeszcze sytuacja z Wimbledonu '26, kiedy spóźniła się na mecz, gdzie na trybunach siedziała królowa (zawodnicy dowiadywali się o godzinie rozgrywania z porannych gazet, jednak Suzanne, ze względu na swój prestiż informowana była osobiście przez dyrektora turnieju, który zmienił się właśnie w 1926; jej mecz deblowy został wtedy przesunięty z planowanej godziny 15 na 14). Z czasem porzuciła występy w Wielkim Szlemie. Została za to pierwszą zawodową tenisistką, kiedy to wraz z Mary Browne, Vincentem Richardsem i trzema innymi graczami wzięła udział w tournee po USA, za który dostałą 75 tys. dolarów. Następnie uczestniczyła już tylko w grach pokazowych, w stolicy Francji prowadziła też własną szkółkę tenisową. Zmarła niestety zbyt wcześnie, w wieku 39 lat, chora na białaczkę.

W 1978 Suzanne została włączona do Międzynarodowej Tenisowej Galerii Sław, od '97 drugi co do wielkości obiekt na paryskim Wielkim Szlemie został nazwany jej imieniem. Ponadto All England Lawn Tennis and Croquet Club, czyli organizacja "tworząca" Wimbledon wpisała ją wśród pięciu największych czempionów tego turnieju. Bez wątpienia Suzanne Lenglen jest jedną z najwybitniejszych tenisistek w historii tenisa. Nie boję się stwierdzić, że po niej nigdy nie było zawodniczki, która tak deklasowała rywalki i byłaby tak wielbiona przez fanów. Francuzka jest ewenementem. Większość ludzi niestety ogranicza się w porównaniach tylko do Ery Open. A to jest, jak widać, poważny błąd. Prawdziwa pierwsza diva tenisa urodziła się jeszcze w XIX wieku.


niedziela, 26 stycznia 2014

Niedosyt pozostał.

Australian Open to dość specyficzny wielkoszlemowy turniej. Rozgrywany wtedy, gdy w Europie środek zimy, w takich porach, gdy za oknem ciemno, buro i ponuro. Oglądając jednak tę imprezę nie myślimy tak o naszej pogodzie. Możemy podziwiać piękne promienie słońca, wyobrazić sobie albo przenieść się na chwilę w tamte rejony świata. Wysokie temperatury powinny poprawić nasze humory. W tym roku były one aż za wysokie, co wywołało liczne kontrowersje. Do walki z tym żywiołem została "spisana" tzw. zasada "extreme heat policy". Mówi ona m.in. o tym, że mecze powinny być wstrzymane, kiedy temperatura osiągnie 40 stopni, a w pojedynkach pań po drugim secie należy zrobić 10 minut przerwy. W tym roku reguły te jednak zostały zachwiane, spotkania grano nawet w 44 stopniach, wstrzymano je dopiero w 5. dniu, a później była burza i zrobiło się o wiele chłodniej, żeby nie powiedzieć - zimno.

Nie będę ukrywał, że mam mieszane uczucia już od dłuższego czasu co do tego turnieju. Coroczne dywagacje odnośnie problemu opisanego wcześniej są już stałym punktem. Męczą już mnie kłótnie i próby porozumienia się zawodników z organizatorami tak samo, jak męczy graczy taka pogoda. Zawsze w tej sprawie pozostaje obojętny i wolę nie wypowiadać się odnośnie tego. Swoje trzy grosze dorzucę natomiast w kwestii zarabianych pieniędzy. Czemu akurat w tych zawodach? Warto sobie przypomnieć finały sprzed dwóch lat, kiedy u pań Azarenka pokonała Sharapovą 6:3 6:0, a Djokovic i Nadal zagrali jeden z najlepszych meczów w historii tenisa, trwający prawie 6 godzin. Serb i Białorusinka wznieśli trofea i czeki na... 2,3 mln dolarów australijskich. Gdzie tu sprawiedliwość? Na ten temat można pisać i pisać i nigdy się go nie wyczerpie.

W tym roku triumfatorzy zgarniają 2,65 mln. Ciut dużo, w porównaniu do innych sportów. Wśród tenisistek z takiej nagrody cieszyła się Li Na. Z całą pewnością nie jest ona zadowolona ze swojego stylu gry, w jakim się prezentowała. Pierwszy set to set błędów (45 niewymuszonych), które przyćmiły widowisko, potworne problemy z forhendem Chinki. Druga partia to totalne osłabnięcie Cibulkovej i łatwe zwycięstwo tenisistki z Wuhanu. Trzeba jej jednak pogratulować, że po trzecim finale tej imprezy wreszcie ją wygrała. Mieszane uczucia mam również co do finału panów. Dziwne widowisko, przyćmione przez kontuzję dolnego odcinka kręgosłupa Nadala, wypaczony wynik. Gołym okiem było też widać, że w niektórych momentach Wawrinka jest po prostu nieporadny i nie może sobie dać rady z nieco innym stylem gry Hiszpana. Bez wątpienia kibice i wszyscy zgromadzeni przed telewizorami czekali na o wiele lepsze widowisko w święto narodowe Australii.

Według mnie ten Wielki Szlem jest rozgrywany co najmniej o tydzień za wcześnie. Nie wszyscy gracze po przerwie między sezonami weszli w swój normalny tryb, albo dostatecznie się przygotowali. Są oni rzucani od razu na głęboką wodę, przez co często doznają kontuzji, muszą wycofać się przed rozpoczęciem lub grać na pół gwizdka, przez co często dziwimy się niektórymi wynikami. W tym roku nie było inaczej. Z powodu złego stanu zdrowia wycofali się m.in. Kirilenko, Almagro, Kohlschreiber, czy Isner, który poddał mecz. Niektórzy zawodnicy nie odnajdują się też w tych warunkach klimatycznych, często podróżując z zimnych rejonów wprost do rozżarzonego australijskiego kotła. Z tym nie poradzili sobie m.in. Juan Martin del Potro, który pożegnał się w drugiej rundzie, czy Petra Kvitova, która swoją pogromczynię znalazła już w pierwszej rundzie, a była nią Tajka Luksika Kumkhum. Na usprawiedliwienie Czeszki można powiedzieć, że ma astmę, więc na pewno ciężko się jej gra w tak wysokiej temperaturze i tak niskiej wilgotności.

Bez wątpienia to, co zaskoczyło najbardziej, to turniej pań. W ćwierćfinale na 8 tenisistek tylko trzy były spodziewane, w półfinale tylko jedna, w finale mieliśmy widzieć zupełnie inne zestawienie. Gdyby ktoś przed turniejem postawił pieniądze na to, że w 1/4 finału zagra Halep, czy Pennetta, w półinale Bouchard, a w decydującym meczu Cibulkova, to zostałby bardzo bogaty. Kolejny raz nie ma szczęścia Serena Williams, która w poprzednich latach uznawała wyższość Ekateriny Makarovej i Sloane Stephens, teraz pogromczynią była Ivanovic. Sharapova po powrocie po kontuzji więcej dać z siebie nie mogła. Azarenka zderzyła się z natchnioną wręcz Radwańską. Być może nieobecność tych trzech gwiazd sprawiła, że pojedynki w ostatecznej fazie nie były łagodnie mówiąc godne uwagi. Brakowało z całą pewnością wyrównanych, trzymających w napięciu spotkań, trwających trzy sety, takich jak finał US Open 2013, czy chociażby Cincinnati. Przykro mi to mówić, ale to przede wszystkim z udziałem wyżej wymienionych liderek możemy oglądać zacięte widowiska, nie spowodowane tylko potworną liczbą niewymuszonych błędów. Bez dwóch zdań turniej w wykonaniu pań można podsumować dwoma słowami: pozostał niedosyt.

Zupełnie inaczej toczyło się to u panów. Ci, którzy mieli awansować dalej, to awansowali. Djokovic z Wawrinką powtórzyli widowisko z ubiegłego roku, górą tym razem Stanislas. Odżył Federer, pokonując Tsongę i Murraya. Szwajcaria króluje - młodszy z nich staje się numerem jeden w swoim kraju i wskakuje na trzecie miejsce w rankingu.
Jedyną rzeczą, która w Australii nigdy nie zawodzi to kibice. Zawsze weseli, umalowani w narodowe barwy, żywiołowo dopingują swoich idoli. W żadnym innym miejscu na świecie nie znajdzie się lepszych. Są oni chwaleni na każdym kroku przez zawodników, potrafię się zachować, po prostu cieszą się z tego, że mogą być obecni podczas takiego turnieju. I to przede wszystkim oni rozkręcają całą atmosferę. Szkoda tylko, że z takim poświęceniem nie odbywają się spotkania.



piątek, 24 stycznia 2014

Rewia mody.

Postęp, zmiany cywilizacyjne są wszechobecne i niezaprzeczalne. Również w tenisie. Zmieniał się kształt kortów, rakiet. Jednak chyba największą ewolucję przeszedł tenisowy strój. W dzisiejszych czasach mało kto wie, jak wyglądało to kiedyś, a szkoda. W XIX wieku wygląd podczas gry przypominał dzisiejsze bale. Panie miały na sobie długie spódnice, gorsety, kapelusze. Panowie ubierali długie, flanelowe spodnie, sweterki z dekoltem w serek. Oczywiście dominował kolor biały, przez co tenis został nazwany "białym sportem". Pierwsze przełomowe momenty w tej dziedzinie nastąpiły już na początku XX wieku. Sprawczynią ich była Amerykanka May Sutton, która podczas Wimbledonu wystąpiła w krótszej spódnicy i koszuli ojca z podwiniętymi rękawami. Jeszcze dalej zaszła Suzanne Lenglen, która nałożyła sukienkę odsłaniającą łydki. Cóż to był wtedy za skandal!

U panów pewnego rodzaju prekursorem był też reprezentant zza oceanu, Bunny Austin, który w Londynie założył krótkie spodenki. Występy w koszulkach polo zapoczątkował Rene Lacoste. Przyniosło to później niesamowite efekty. Po tym wydarzeniu założył on z przyjacielem Andre Gillerem firmę odzieżową nazwaną jego nazwiskiem, która po dziś dzień prężnie się rozwija. Wróćmy jednak do płci damskiej. Tutaj za kolejne oburzenie możemy "winić" dwie osoby - Gertrude Moran, która w 1949 założyła strój zaprojektowany przez Teda Tinlinga. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że podczas gry spod jej krótkiej spódniczki widoczna była koronkowa bielizna. Ten sam mężczyzna kilkadziesiąt lat później przygotował Rosie Casals ubiór zbyt kolorowy, który ta zawodniczka musiała w trakcie meczu zmieniać. Jednak od tej pory kibice musieli zacząć przyzwyczajać się do coraz odważniejszego prezentowania się tenisistów na korcie, włączając w to zmiany koloru.

Biel pozostaje obecna już tylko na Wimbledonie. W świątyni tenisa reguły te są bardzo restrykcyjnie przestrzeganie. Może to potwierdzić nawet Roger Federer, który musiał zmienić buty ze względu na inny... kolor podeszwy. Bardzo "pstrokato" na światowych arenach było już w latach 80. i 90. Królował wtedy hipisowski styl. Wystarczy popatrzeć na zdjęcia z tamtego okresu. Liczne wzory, feeria barw. Najbardziej rzucającą się wtedy osobą był Andre Agassi. Do historii przejdą jego włosy, dżinsowe spodenki i jaskrawe "kolarzówki". Wśród pań poza strojem równie ważną rolę odgrywała fryzura, czy biżuteria. Gracze pozwalali sobie na coraz więcej. Popularne były koszulki bez rękawów, a nawet odsłonięte plecy, czy coraz większy dekolt. Wtedy też już bardzo przywiązywano wagę do metki. Wszystko zamieniło się w modowy biznes.

To wtedy bardzo znanymi na świecie stały się takie firmy, jak Adidas, czy Nike, które podpisywały kontrakty z tenisistami. Przynosiło to korzyści dla obu stron, a gracze zarabiali na tym niekiedy fortuny. Największą rolę odgrywała wówczas prostota. Wyznawano też zasadę "im mniej, tym lepiej". Coraz bardziej opięte były koszulki, coraz krótszy dół. Już nikogo nie dziwi widok bielizny, niestety jest to codzienność. Więcej gwiazd projektuje też stroje samemu. Tutaj królują siostry Williams. Starsza z nich, Venus, założyła nawet własną markę. Ich stroje są łagodnie mówiąc nietypowe, zwłaszcza te z początków kariery. Wszechobecne były koraliki wplatane we włosy, które często rozsypywały się Bóg wie gdzie. Potem doszły do tego obcisłe, lateksowe bluzki, buty za kolana, dżinsowe wstawki. Był nawet epizod z kombinezonem kota, inspiracja Moulin Rouge. Rosjanka Maria Sharapova też lubi się wyróżniać z tłumu. Zwłaszcza wtedy, gdy jej sukienkę zdobi ponad 600 kryształków Svarovskiego (US Open 2007).
Bezprecedensową osobą w świecie "mody" tenisowej (jakkolwiek rozumiemy to słowo) jest (tak, tak, Amerykanka) Bethanie Mattek-Sands. Chciałoby się pomilczeć nad jej wariacjami na temat stroju, aczkolwiek jest co tu opisywać, bez dwóch zdań robi się aż za ciekawie. Dostrzec można złote "coś", panterkę, kurtkę i sukienkę z naszytymi piłkami tenisowymi, getry piłkarskie, buty koszykarskie, plastry pod oczami, czy... kowbojski kapelusz. Jest co podziwiać.

Często oglądając spotkania tenisowe zadajemy sobie pytanie, po co prezentowane są nam te wszystkie dziwne elementy ubrań. Nie trudno dostrzec, że korty coraz częściej stają się pewnego rodzaju wybiegiem, możliwością pokazania się projektantom. Obecnie ważna jest nie tylko gra, ale też to, w czym się gra. Bez przerwy śledzone są trendy, które później przenosimy na areny (niekiedy efekt jest po prostu tragiczny). Najlepsi tenisiści przed najważniejszymi imprezami wypuszczają ze "swoimi" firmami sportowymi specjalne kolekcje, w których występują tylko podczas danych zawodów. Właśnie podczas Wielkich Szlemów zjawisko to jest bardzo nasilone. Już niczym nowym ani zaskakującym nie jest to, że szanujące się strony poświęcone tej dyscyplinie sportu robią zestawienia, wybierając najlepiej i najgorzej ubranych zawodników. Poddawani oni są surowej ocenie, jakby opinie wydawali najwięksi krytycy mody z naczelną amerykańskiego Vogue'a, Anną Vintour na czele. 

Mam nadzieję, że nie doświadczymy takiego momentu, kiedy to, co oni mają na sobie będzie rzeczą nadrzędną, a niżej w hierarchii będzie technika i sposób gry tenisistów, ich wyniki. Osobiście nie mam nic przeciwko prezentowaniu swojego stylu bycia na korcie. Jednak powinno to być robione z umiarem, bez często niepotrzebnej chęci zaszokowania światem. Wina stoi też po stronie dziennikarzy, którzy według mnie przykładają zbyt duży nacisk na poruszanie tych tematów na forum publicznym, ulegając pewnego rodzaju pokusie (szczególnie, gdy w turnieju nie dzieje się nic ciekawego). Czasami tęsknie za schludnym, niczym nie wyróżniającym się strojem, co powoduje, że mogę bardziej skupić się na samym meczu. Aż chciałoby się powiedzieć: Wimbledonie, nadchodź!